i po czerwcu :) Miesiąc dla nas bardzo intensywny, jeśli chodzi o wyjazdy i w moim wypadku niestety pracę, dlatego żaden wpis tak długo się nie pojawiał.
Ale po kolei....
Początek miesiąca był jeszcze spokojny :) 3 czerwca w niedzielę wybraliśmy się z Leeloo na jej pierwszą wystawę do Leszna. Z wystawy chyba najbardziej ucieszył się Boniek, ponieważ miała ona miejsce na terenie aeroklubu :) Upiekliśmy zatem dwie pieczenie na jednym ogniu- ja mogłam spędzić czas ze znajomymi i psami, a Boniek popstrykać szybowce.
Jeśli chodzi o Lilkę cóż mogę powiedzieć- ma dziewczyna w sobie "to coś" bynajmniej jeśli chodzi o ustawianie, bo nad chodzeniem musimy jeszcze sporo popracować, ale biorąc pod uwagę, że mała miała 3,5 miesiąca jej zachowanie i prezentacja bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Sędziemu również bardzo się spodobała i mamy na swoim koncie pierwsze BOB Baby. W oczekiwaniu na finały ja z Lilą regenerowałyśmy się w aucie, a Boniek "latał" pomiędzy szybowcami :) przynajmniej nie miałam wyrzutów sumienia że musimy czekać tyle godzin :) a po powrocie okazało się, że szybowce mają więcej zdjęć niż psy. Chociaż muszę przyznać, że komicznie to wyglądało, gdy obiektywy wszystkich kierowane były na
dół na psy, Boniu jako jeden z niewielu kierował je w górę :) Organizacyjnie jeśli chodzi o finały oddział leszczyński niestety się nie spisał. Owszem, rzadko się zdarza, żeby finały rozpoczynały się punktualnie, natomiast tym razem nie dość, że rozpoczęły się później, to jeszcze nagle okazało się że jako pierwsze odbywać się będą finały grupy 8, której osobna wystawa rozgrywała się w tym samym dniu. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby taka informacja pojawiła się w katalogu, wtedy człowiek czekałby spokojniej,
gdyby wiedział na co, poza tym przed wejściem na ring okazało się, że nie ma sędziny i na szybko szukano innego sędziego. Troszkę nieprofesjonalnie wyszło jak na CACIBówkę.
Przyszedł nowy tydzień, niestety nadal dziewczyny uziemione przez cieczki, a u mnie duży "wybuch" w pracy, który niestety dość mocno pokrzyżował nasze plany :( a z lepszych newsów przyjeżdża do nas na ponad tydzień Drago :) Pod koniec tygodnia ruszamy na wystawę w Kaliszu. Michał został z dziewczynami, a ja żeby dać im trochę wytchnienia zabrałam ze sobą Moresa, Lilę no i Draga, który skończył u nas "kolonie". Przykro mi go zawozić do taty, bo jakby nie patrzeć to moj pierwszy pies, jednak widzę jak bardzo są już z tatą związani, jak mocno w krew weszły im ich wspólne nawyki i wiem że Drago o niebo lepiej czuje się na "własnych"/ tatowych śmieciach niż u nas. Jednak 4 bostony dla 9-latka są dobre tylko na dzień czy dwa, ale nie na dłużej. W niedzielę ruszamy do Kalisza, bostonów dopisało sporo, Leeloo ze wspaniałym opisem wygrywa Najlepsze Baby w Rasie. Z racji tego że tym razem towarzyszyła mi rodzina trochę nie na rękę im było czekanie na finały. W międzyczasie odwiedził nas także mieszkający w Kaliszu Marv-czyli brat naszej Lilki - Nefre BLACKEBRRY PIE. Młody bardzo wyprzystojniał, rośnie jak na drożach i o dobry kilogram przegonił naszą chudzinkę :) Co najważniejsze z opowieści właścicieli wynika, że kochany i mądry z niego chłopak a ja jestem niezmiernie dumna, że młody tak fajnie rośnie i daje im tyle radości. W końcu przyszła pora na finały i niestety znowu chaos- jakimś dziwnym trafem finały młodego prezentera odbywają się na ringu przygotowawczym i nim się dobrze skończyły na główny ring wchodzą
bejbiki każdy skąd mu wygodniej... No cóż mało to widowiskowe, ale idziemy :) Zostajemy po pierwszej selekcji, potem kolejna i nagle dotarło do mnie że została nas 4 znaczy mamy lokatę :) Czekamy na wywołanie a to 4 miejsce obstawione, 3 też, zaczynam się potwornie denerwować i nagle nie wierzę w to co słyszę - Lila wygra BEST IN SHOW Baby. Pobladłam ponoć niemiłosiernie, ręce i nogi tak potwornie mi się trzęsły że nie byłam w stanie dojść na podium ani podnieść małej :) Szybki telefon do Bońka a on jak to
on ze znanym sobie spokojem odpowiada- "no przecież mówiłem Ci ze tak będzie", telefon do Marty i odpowiada mi jeden wielki krzyk radości :) Wracam do taty po Moresa i ruszamy do Poznania.
Kolejny weekend i kolejna wystawa, tym razem z Leeloo debiutuje Marta. Dziewczyny ruszają do Krakowa, mimo długiego oczekiwania i upału Leeloo zgarnia kolejne BOB Baby.
Jakoś tak wystawowo nam się ten czerwiec ułożył i tydzień później jedziemy do Szczecina, także z Leeloo, tym razem zabieramy ze sobą dwie borderki Marty- Lilu i Zuzę, oraz Asię, która pomoże nam w wystawianiu całej bandy :) Droga do Szczecina minęła szybko, czego nie można powiedzieć o dojeździe już na samą wystawę. Szczecin jak większość miast jest strasznie rozkopany, także w okolicach miejsca gdzie wysatwa się odbywała. I tu wielki minus dla organizatorów za brak mapki dojazdowej czy chociażby oznaczeń już przy samej wystawie w formie jakichkolwiek tabliczek, ponieważ biorąc pod uwagę objazdy- ani GPS ani okoliczni mieszkańcy nie potrafili podpowiedzieć jak się tam dostać.Spora część wystawców miała ten sam problem co my.
Ale cóż ruszamy pod ringi, niestety bordery i bostony znów umiejscowione są w znacznej odległości od siebie, także zostawiamy Asię z dziewczynami i jesteśmy na "telefonie", a my z Bońkiem i Leeloo ruszamy pod ring bostonów. Towarzystwo dopisało, sympatycznie pogawędziliśmy, Lila wpadła w oko młodemu ogarowi i czas szybko im minął na współnych zabawach. Przyszła pora na bostony i póki co wszystkie psy schodzą z oceną bardzo dobrą, w końcu wchodzimy na ring, mała konkuruje ze śliczną dziewczynką z Niemiec, która na stałe zamieszka w Polsce. Patrzę sobie na to moje dziecię i o ile stanie jakoś tak samo z siebie jej przyszło i nawet nie ćwiczyłam z nią tego właściwie, tak nad chodzeniem jeszcze musimy popracować :) ale mimo wszystko udało się po raz kolejny i zgarniamy BOB Baby, a na finałach trafiamy do finałowej szóstki BIS Baby. Ledwo zeszłyśmy z ringu dostałam cynk od Asi że pora na borderowe dziewczyny, no więc pędzimy przez teren wystawy na ring borderów, Asia wystawa Lilu (tą borderową :) ) a ja w klasie pośredniej wychodzę z Zuzą. Po kilku minutach stresu mojego i Zuzy w końcu znalazłyśmy wspólny język i wybiegałyśmy lokatę 1 i CWC - drugie Zuzy z międzynarodowej wystawy :)
Mieliśmy jeszcze w planach wystawę w W-wie mała miała jechać z Martą, ale z racji pogody zrezygnowałyśmy i tym samym mamy wolne od wystaw do jesieni :)
Teraz czas na relaks, treningi i spotkania psio-towarzyskie :)
niedziela, 15 lipca 2012
czwartek, 31 maja 2012
Trochę sportu
W końcu pogoda od jakiegoś czasu sprzyja treningom i z radością wróciłyśmy na tor. Frania nadal na L4, Mores tor olewa (czasem i dosłownie :) ) a Leeloo jeszcze za mała na pełnoprawny trening, został nam więc nasz pędziwiatr czyli Cookie. W tym roku dużo dla nas nowości. Ubiegły rok skupialiśmy się głównie na hopkach i tunelach, teraz doszły nowe przeszkody, koło, palisada, kładka i huśtawka, która napawa mnie niezmiennie niepokojem :)
Tym razem dużo technicznych ćwiczeń, co bardzo mnie cieszy, bo o ile Cookie z bieganiem i skakaniem nie ma problemów, o tyle moja orientacja przestrzenna na torze bywa no cóż.... Cookie jako, że w którymś pokoleniu gdzieś w rodzinie musiała mieć kota, wszystkie nowości "łyka" na raz i pełnym pędem ku memu przerażeniu biega po wszystkim bez zastanowienia:) Jedyne co huśtawkę rozkładamy na razie na wchodzenie i schodzenie z asekuracją, no cóż takiego oszołoma nie można jeszcze zostawić bez nadzoru :) Muszę powiedzieć że dumna jestem bardzo z dziewczyny, bo mimo jesienno-zimowej przerwy, w której przyznaję bez bicia nie odrabiałyśmy nawet pracy domowej, mała na torze odnalazła się rewelacyjnie. No ale cóż tu dużo mówić temperament i chęć do pracy odziedziczyła po mamusi :)
I choć snułam już powoli wizję pierwszych zawodów.Nasza radość z treningów nie trwała jednak długo, bo matka natura dała o sobie znać i obie dziewczyny się rozcieczkowały. A jako, że mamy w grupie kawalera i nie chcemy go rozpraszać a i ja nie jestem zwolennikiem takich intensywnych treningów w tym czasie zostajemy uziemieni przynajmniej do połowy czerwca :( Szkoda mi było trochę tracić treningi na tor ruszamy z Leeloo. No cóż na tor to trochę za dużo powiedziane :) Skoro dziecię ma być sportowe to i trzeba się uczyć za młodu. Na razie głównie ćwiczymy skupianie uwagi i zapoznajemy się z pachołkami i tunelami, które mała od początku pokochała w końcu tak fajnie hałasują :) A ja po zajęciach z nią jestem bardziej zmęczona niż po bieganiu z Cookie, ale cóż nie przywykłam do biegania w pozycji półkucanej i wiecznie pochylonej (po zakwasach odkryłam mięśnie, których posiadania nie byłam świadoma :) ) ale czego się nie robi dla psiej frajdy :)
A w niedzielę kolejne wyzwanie, tym razem Lilianka idzie po raz pierwszy na wystawowy ring :D
Tym razem dużo technicznych ćwiczeń, co bardzo mnie cieszy, bo o ile Cookie z bieganiem i skakaniem nie ma problemów, o tyle moja orientacja przestrzenna na torze bywa no cóż.... Cookie jako, że w którymś pokoleniu gdzieś w rodzinie musiała mieć kota, wszystkie nowości "łyka" na raz i pełnym pędem ku memu przerażeniu biega po wszystkim bez zastanowienia:) Jedyne co huśtawkę rozkładamy na razie na wchodzenie i schodzenie z asekuracją, no cóż takiego oszołoma nie można jeszcze zostawić bez nadzoru :) Muszę powiedzieć że dumna jestem bardzo z dziewczyny, bo mimo jesienno-zimowej przerwy, w której przyznaję bez bicia nie odrabiałyśmy nawet pracy domowej, mała na torze odnalazła się rewelacyjnie. No ale cóż tu dużo mówić temperament i chęć do pracy odziedziczyła po mamusi :)
I choć snułam już powoli wizję pierwszych zawodów.Nasza radość z treningów nie trwała jednak długo, bo matka natura dała o sobie znać i obie dziewczyny się rozcieczkowały. A jako, że mamy w grupie kawalera i nie chcemy go rozpraszać a i ja nie jestem zwolennikiem takich intensywnych treningów w tym czasie zostajemy uziemieni przynajmniej do połowy czerwca :( Szkoda mi było trochę tracić treningi na tor ruszamy z Leeloo. No cóż na tor to trochę za dużo powiedziane :) Skoro dziecię ma być sportowe to i trzeba się uczyć za młodu. Na razie głównie ćwiczymy skupianie uwagi i zapoznajemy się z pachołkami i tunelami, które mała od początku pokochała w końcu tak fajnie hałasują :) A ja po zajęciach z nią jestem bardziej zmęczona niż po bieganiu z Cookie, ale cóż nie przywykłam do biegania w pozycji półkucanej i wiecznie pochylonej (po zakwasach odkryłam mięśnie, których posiadania nie byłam świadoma :) ) ale czego się nie robi dla psiej frajdy :)
A w niedzielę kolejne wyzwanie, tym razem Lilianka idzie po raz pierwszy na wystawowy ring :D
czwartek, 24 maja 2012
Nad pięknym, modrym Dunajem...
Czyli kolejny weekend wystawowy za nami. Tym razem na celowniku Bratysława.
Wyruszamy z Martą oraz jej dwiema borderkami- Sisi i Zuzu, "ciocią" Kasią, oraz ja z Cookie. Czyli babski weekend na całego.
W piątek duszny i upalny dzień nie zachęca do jazdy, na szczęście w połowie drogi zatrzymujemy się u znajomych Marty- właścieli Milesa- bordera z hodowli Marty. Psy szaleją na ogrodzie (Cookie rozkochała w sobie Milesa) a my raczymy się pyszną kawą na tarasie. Cisza, spokój, ogólna błogość, aż ruszać się nie chce. I z tego lenistwa z "szybkiej kawy" zrobiły się 2 godziny, ale jak nie od dziś wiadomo że we wspaniałym towarzystwie czas mija szybciej. Z ciężkim sercem ruszamy dalej.
Do Bratysławy miałam okazję wybrać się trzeci raz i pomimo swojego uroku, miasto to nadal jest dla mnie nie do ogarnięcia jeśli chodzi o drogę :) Ilość, wjazdów, zjazdów, objazdów i cała sieć rozbudowanej drogi po prostu do mnie nie przemewia i sprawia, że za każdym razem na dłużej lub krócej po prostu się gubię. Tym razem też tak było, na szczęście w wersji na "krócej". Przed 22 dotarłyśmy do hostelu.
I to miłe zaskoczenie standardem jak na hostel. Pięknie usytuowany nad samym Dunajem, z przestronnymi pokojami, świetną obsługę - na pewno znajdzie sie na naszej noclegowej liście hoteli wystawowych :) (dla zainteresowanych info na maila).
W sobotę ostatnie przygotowania psów, śniadanie i ruszamy na teren wystawy. Na miejscu jedna gigantyczna hala, która ciągnie się i ciągnie a my jak na złość rozlokowane zostałyśmy na przeciwległych jej końcach. Dziś sędzia z Japonii, bardzo długo i dokładnie sędziował, niestety opis dostaliśmy po słowacku i tak potwornie nieczytelny, że nie ma możliwości odszyforwania :( Co wiem na pewno Cookie dostaje ocenę doskonałą i CAC, wygrywając klasę pośrednią i jest to jej pierwszy krok w stronę championatu
Słowacji i czwartego w jej dorobku :) Porównanie przegrywamy z championką i zw świata w jednym piękną sunią, mieszkającą zresztą w Polsce :) Czekam na wybór Zw Rasy i biegiem na drugi koniec hali żeby pomóc Marcie przy porównaniu.
Jak się jednak okazało borderowe sędziowanie poszło zdecydowanie szybciej niż u nas. Obie dziewczyny Marty również wygrywają w swoich klasach i tym samym mamy 3 przyszłe (mamy nadzieję) championki :) Wracam do hostelu żeby chwilę odspnąć i dać czas dziewczynom na odpoczynek a my obmyślamy trasę zwiedzania miasta. Zaraz przy hostelu ciągnię się piękna trasa spacerowa wzdłuż Dunaju do centrum. Niestety po jakiejś godzinie zaczyna kropić a z czasem padać coraz mocniej i niestety musimy wracać. Udało nam się w samą porę wrócić przez konkretną ulewą, a deszcz niestety nie opuszcza nas już do samego wieczora i nasze plany staneły na niczym. W ramach rekomensaty w hostelowej kawiarance lądujemy na dużej kawej i lodach,w końcu nic tak nie poprawia nastroju jak "słodkie" :) Dziewczyny po odespaniu spaceru dostały wieczornej głupawki :) a my nam wieczór minął na rozmowach o.... nastepnych wystawach :)
W niedzielę rano pakowanie, śniadanie i ruszamy na wystawę. Ringi niestety, jak dla nas, rozłożone tak samo. Dziś sędzina z Rumunii- bardzo sympatyczna i ciepła kobieta. Cookie rezultat tak jak w sobotę - ocena doskonała, CAC i wygrana klasa pośrednia, dziś przegrywamy z drugą z championek. Jako, że dzisiaj sędziowanie przebigało znacznie szybciej, wiec niewiele myśląc łapię wszystkie rzeczy i biegiem na początek hali do Marty, kilkakrotnie jak to w takim tłumie bywa ktoś potraci, ktoś szturchnie.... a i powinnam dodać że biegłam z miską pełna wody :) która to prawie cała wylądowała po drodze na moich spodniach.
Więc z mokrymi nogawkami dolatuję do Marty akurat w samą porę na porównanie, w biegu zdązylam tylko chwycić numerek, zamienić Cookie na Zuzę i wio na ring. Niestety nic juz nie wybiegałyśmy, dziś również w borderach górą biało- czarne. Dziewczyny powtórzyły jednak sukces z soboty zdobywając każda po CACu. Tym samym cała trójka jest w połowie drogi do Championatu.
Ponieważ pogoda nie zachęca do chodzenia, rezygnujemy zwiedzania i obieramy kierunek - dom.Chociaż drogę z racji rozgadania trochę wydłużyłyśmy :) no cóż baby... :)
I tym samym "zawieszamy" z Cookie wystawy na najbliższe pół roku w Polsce i do przyszłego roku za granicą. A w tym czasie wracamy na tor agility i powoli zaczynamy rozmyślać o zawodach :)
Wyruszamy z Martą oraz jej dwiema borderkami- Sisi i Zuzu, "ciocią" Kasią, oraz ja z Cookie. Czyli babski weekend na całego.
W piątek duszny i upalny dzień nie zachęca do jazdy, na szczęście w połowie drogi zatrzymujemy się u znajomych Marty- właścieli Milesa- bordera z hodowli Marty. Psy szaleją na ogrodzie (Cookie rozkochała w sobie Milesa) a my raczymy się pyszną kawą na tarasie. Cisza, spokój, ogólna błogość, aż ruszać się nie chce. I z tego lenistwa z "szybkiej kawy" zrobiły się 2 godziny, ale jak nie od dziś wiadomo że we wspaniałym towarzystwie czas mija szybciej. Z ciężkim sercem ruszamy dalej.
Do Bratysławy miałam okazję wybrać się trzeci raz i pomimo swojego uroku, miasto to nadal jest dla mnie nie do ogarnięcia jeśli chodzi o drogę :) Ilość, wjazdów, zjazdów, objazdów i cała sieć rozbudowanej drogi po prostu do mnie nie przemewia i sprawia, że za każdym razem na dłużej lub krócej po prostu się gubię. Tym razem też tak było, na szczęście w wersji na "krócej". Przed 22 dotarłyśmy do hostelu.I to miłe zaskoczenie standardem jak na hostel. Pięknie usytuowany nad samym Dunajem, z przestronnymi pokojami, świetną obsługę - na pewno znajdzie sie na naszej noclegowej liście hoteli wystawowych :) (dla zainteresowanych info na maila).
W sobotę ostatnie przygotowania psów, śniadanie i ruszamy na teren wystawy. Na miejscu jedna gigantyczna hala, która ciągnie się i ciągnie a my jak na złość rozlokowane zostałyśmy na przeciwległych jej końcach. Dziś sędzia z Japonii, bardzo długo i dokładnie sędziował, niestety opis dostaliśmy po słowacku i tak potwornie nieczytelny, że nie ma możliwości odszyforwania :( Co wiem na pewno Cookie dostaje ocenę doskonałą i CAC, wygrywając klasę pośrednią i jest to jej pierwszy krok w stronę championatu
Słowacji i czwartego w jej dorobku :) Porównanie przegrywamy z championką i zw świata w jednym piękną sunią, mieszkającą zresztą w Polsce :) Czekam na wybór Zw Rasy i biegiem na drugi koniec hali żeby pomóc Marcie przy porównaniu.
W niedzielę rano pakowanie, śniadanie i ruszamy na wystawę. Ringi niestety, jak dla nas, rozłożone tak samo. Dziś sędzina z Rumunii- bardzo sympatyczna i ciepła kobieta. Cookie rezultat tak jak w sobotę - ocena doskonała, CAC i wygrana klasa pośrednia, dziś przegrywamy z drugą z championek. Jako, że dzisiaj sędziowanie przebigało znacznie szybciej, wiec niewiele myśląc łapię wszystkie rzeczy i biegiem na początek hali do Marty, kilkakrotnie jak to w takim tłumie bywa ktoś potraci, ktoś szturchnie.... a i powinnam dodać że biegłam z miską pełna wody :) która to prawie cała wylądowała po drodze na moich spodniach.
Więc z mokrymi nogawkami dolatuję do Marty akurat w samą porę na porównanie, w biegu zdązylam tylko chwycić numerek, zamienić Cookie na Zuzę i wio na ring. Niestety nic juz nie wybiegałyśmy, dziś również w borderach górą biało- czarne. Dziewczyny powtórzyły jednak sukces z soboty zdobywając każda po CACu. Tym samym cała trójka jest w połowie drogi do Championatu.
Ponieważ pogoda nie zachęca do chodzenia, rezygnujemy zwiedzania i obieramy kierunek - dom.Chociaż drogę z racji rozgadania trochę wydłużyłyśmy :) no cóż baby... :)
I tym samym "zawieszamy" z Cookie wystawy na najbliższe pół roku w Polsce i do przyszłego roku za granicą. A w tym czasie wracamy na tor agility i powoli zaczynamy rozmyślać o zawodach :)
niedziela, 6 maja 2012
Weekend słodko-kwaśny
Jeden z ostatnich weekendów kwietnia to stały już punkt w naszym kalendarzu wystawowym i wyjazd do Opola.
W sobotę bierzemy udział w wystawie klubowej IX grupy, niedziela to wystawa międzynarodowa. Podwójna wystawa zawsze przyciąga sporo wystawców, tak było i tym razem, w oby dwa dni ponad 20 bostonów stawiło się na ringu. W sobotę wystawialiśmy Cookie i standardowo na klub "odkurzyliśmy" Moresa, niech się chłopak raz do roku przebiegnie po ringu, a gdzie jak nie na klubie :) Dodatkowo wspierała nas Juka- czyli Nefre /FCI/ ALWAYS ON MIND sunia z naszego pierwszego miotu. Sędzina z Danii nie szczędziła ocen bdb czy nawet db, dlatego tym bardziej cieszą mnie oceny doskonałe u całej trójki. Cookie w klasie pośredniej uplasowała się na pierwszej lokacie, pokonując dwie konkurentki, oraz zgarniając kolejne CWC, Mores w championach ląduje na drugiej lokacie, za amerykańskim championem, Juka również lokata pierwsza i CWC. Obie dziewczyny wychodzą na porównanie o Zwycięzcę razem z sunią z klasy championów, która wygrywa nie tylko z dziewczynami, ale także całą rasę. Mores i Cookie były także zgłoszone do finałowej konkurencji- Najlepsza Para, jednak ze względu na upał nie miałam
serca psów męczyć kilkugodzinnym czekaniem, dlatego wracamy do Wrocławia, gdzie nocowaliśmy i gdy zrobiło się chłodniej wybraliśmy się poza miasto, standardowo w okolice lotniska :) ot żeby każdy miał coś dla siebie- psy się wyszalały a Boniu popstrykał samoloty :)
W niedzielę wystawiane tylko dziewczyny, tym razem sędzina z Izraela. Sędziowanie bardzo długie a bieganie jak przy wystawianiu owczarków :) jedno kółko za drugim pospieszane nawoływaniem sędziny "with more power, with more power" :) (i tu nauczka dla mnie, nigdy więcej sandałów na wystawę, bo przy każdym zakręcie nogi ślizgały mi się niemiłosiernie ) I tu z czystym sumieniem mogę powiedzieć że Cookie "wybiegała sobie" (w pełnym tego słowa znaczeniu :) ) ponownie lokatę 1/3 i CWC, Juka w klasie otwartej również 1/3 CWC (gdyby nie wymagany odstęp czasu dziewczyny miałyby skończone championaty) i przyszła kolej na siostrzany pojedynek Cookie otrzymuje resCACIB, a Juka CACIB oraz w późniejszym porównaniu zostaje ku mej wielkiej radości Zwycięzcą Rasy oraz rozpoczyna Interchampionat :) Juka po raz kolejny pokazała wspaniałą klasę. Strasznie jestem dumna z dziewczyn, tym bardziej, że to pierwsze bosotny z naszym przydomkiem i nie sądziłam że tak wspaniale będą sobie radziły na ringach.
Niestety nie mogliśmy dopingować Juki na finałach, ponieważ musieliśmy wracać do Poznania- i tu zaczyna się ta "kwaśna" część weekendu, w niedzielę wyjeżdża od nas Marv- czyli nasz BLACKBERRY PIE. Marv będzie mieszkał z nową rodziną w Kaliszu ( w Kaliszu bywamy dość często więc będziemy mieć okazję do spotkań :) ). Mamy nadzieję że w nowym domu da wszystkim tyle radości ile dał nam przez te kilka tygodni. Nas podbił swoim wspaniałym charakterem i jesteśmy pewni, że gdyby nie chwilowe ograniczenia
mieszkaniowe, na pewno został by z nami :) Dostaliśmy już "sprawozdanie" i kilka zdjęć za bardzo dziękujemy i z niecierpliwością czekamy na dalsze wieści jak się maluch rozwija.
W sobotę bierzemy udział w wystawie klubowej IX grupy, niedziela to wystawa międzynarodowa. Podwójna wystawa zawsze przyciąga sporo wystawców, tak było i tym razem, w oby dwa dni ponad 20 bostonów stawiło się na ringu. W sobotę wystawialiśmy Cookie i standardowo na klub "odkurzyliśmy" Moresa, niech się chłopak raz do roku przebiegnie po ringu, a gdzie jak nie na klubie :) Dodatkowo wspierała nas Juka- czyli Nefre /FCI/ ALWAYS ON MIND sunia z naszego pierwszego miotu. Sędzina z Danii nie szczędziła ocen bdb czy nawet db, dlatego tym bardziej cieszą mnie oceny doskonałe u całej trójki. Cookie w klasie pośredniej uplasowała się na pierwszej lokacie, pokonując dwie konkurentki, oraz zgarniając kolejne CWC, Mores w championach ląduje na drugiej lokacie, za amerykańskim championem, Juka również lokata pierwsza i CWC. Obie dziewczyny wychodzą na porównanie o Zwycięzcę razem z sunią z klasy championów, która wygrywa nie tylko z dziewczynami, ale także całą rasę. Mores i Cookie były także zgłoszone do finałowej konkurencji- Najlepsza Para, jednak ze względu na upał nie miałam
serca psów męczyć kilkugodzinnym czekaniem, dlatego wracamy do Wrocławia, gdzie nocowaliśmy i gdy zrobiło się chłodniej wybraliśmy się poza miasto, standardowo w okolice lotniska :) ot żeby każdy miał coś dla siebie- psy się wyszalały a Boniu popstrykał samoloty :)
W niedzielę wystawiane tylko dziewczyny, tym razem sędzina z Izraela. Sędziowanie bardzo długie a bieganie jak przy wystawianiu owczarków :) jedno kółko za drugim pospieszane nawoływaniem sędziny "with more power, with more power" :) (i tu nauczka dla mnie, nigdy więcej sandałów na wystawę, bo przy każdym zakręcie nogi ślizgały mi się niemiłosiernie ) I tu z czystym sumieniem mogę powiedzieć że Cookie "wybiegała sobie" (w pełnym tego słowa znaczeniu :) ) ponownie lokatę 1/3 i CWC, Juka w klasie otwartej również 1/3 CWC (gdyby nie wymagany odstęp czasu dziewczyny miałyby skończone championaty) i przyszła kolej na siostrzany pojedynek Cookie otrzymuje resCACIB, a Juka CACIB oraz w późniejszym porównaniu zostaje ku mej wielkiej radości Zwycięzcą Rasy oraz rozpoczyna Interchampionat :) Juka po raz kolejny pokazała wspaniałą klasę. Strasznie jestem dumna z dziewczyn, tym bardziej, że to pierwsze bosotny z naszym przydomkiem i nie sądziłam że tak wspaniale będą sobie radziły na ringach.
Niestety nie mogliśmy dopingować Juki na finałach, ponieważ musieliśmy wracać do Poznania- i tu zaczyna się ta "kwaśna" część weekendu, w niedzielę wyjeżdża od nas Marv- czyli nasz BLACKBERRY PIE. Marv będzie mieszkał z nową rodziną w Kaliszu ( w Kaliszu bywamy dość często więc będziemy mieć okazję do spotkań :) ). Mamy nadzieję że w nowym domu da wszystkim tyle radości ile dał nam przez te kilka tygodni. Nas podbił swoim wspaniałym charakterem i jesteśmy pewni, że gdyby nie chwilowe ograniczenia
mieszkaniowe, na pewno został by z nami :) Dostaliśmy już "sprawozdanie" i kilka zdjęć za bardzo dziękujemy i z niecierpliwością czekamy na dalsze wieści jak się maluch rozwija.
wtorek, 24 kwietnia 2012
Motocykl
Wszystko zaczyna się w 1885, gdy Daimler i Maybach wynaleźli motocykl. Dla mnie zaczyna się ciut później czyli w 1927, gdy rodzi się mój Dziadek, który na dwóch kółkach dla przyjemności i w przeróżnych zawodach zjeździł kawał życia. Motocyklem jeździła również moja Babcia, której zdarzyło się podobno motocyklem wjechać do kawiarni.
Dla mnie przygoda z 2oo zaczęła się gdzieś w połowie podstawówki wraz z przywiezieniem od rodziny spod Warszawy Rometa Ogara 200 z silnikiem o oszałamiającej mocy 2 koni mechanicznych :D
Zdarzyło mi się tą maszyną uderzyć w garaż po czym mam pamiątkę w postaci blizny na dłoni, uciekać przed dzikiem, leśniczym itd. itd. Tak się właśnie zaczęła moja przygoda z motocyklizmem.
Potem było parę lat przerwy, poznaliśmy się z Asią i w garażu pojawiło się wściekle żółte marzenie każdego początkującego motocyklisty czyli Suzuki GS500E. Zaczęły się powoli wspólne przejażdżki, był pierwszy samotny wyjazd na zlot aż pod Żywiec. Jednak po prawie 2 sezonach zaczęło brakować czegoś więcej. I tak pojawiła się rasowa sześćsetka Yamaha FZS600S. Przejechaliśmy nim ponad 40.000km Zaliczyliśmy pierwszy wyjazd zagranicę na MotoGP do Brna. Pojechałem na prawie dwa tygodnie sam do Włoch i Austrii gdzie praktycznie cały czas spędziłem w siodle. Odwiedziliśmy wspólnie Chorwację gdzie się poznaliśmy kilka lat wcześniej. Była też pierwsza i jak dotąd jedyna stłuczka, na szczęście bez większych konsekwencji.
Po 5 sezonach nadszedł jednak czas na zmianę...
...na TDM 900.Nasza aktualna maszyna spod znaku trzech kamertonów. Yamaha robi nie tylko dobre fortepiany, ale i motocykle. Od razu jak go zobaczyłem wiedziałem, że będzie nasz, chociaż początkowo miało być coś bardziej sportowego. Stanęło na TDM dobrym w sam raz, żeby skoczyć po bułki czy przejechać 1000km do Włoch w ciągu jednego dnia :)Jest to na tyle fajny motocykl, że pewnie prędzej zajeździmy silnik i wymienimy na nowy, niż kupimy inny sprzęt.
Aktualnie służy nam w dojazdach do pracy i walce w poznańskich korkach. Nie jest łatwo, ale dajemy radę :) Pali przez to jak smok, ale to też po części wina ciężkiej ręki na manetce ;) W tym roku na pewno motocyklem parę ciekawych miejsc odwiedzimy. Nie może być inaczej.
Dla mnie przygoda z 2oo zaczęła się gdzieś w połowie podstawówki wraz z przywiezieniem od rodziny spod Warszawy Rometa Ogara 200 z silnikiem o oszałamiającej mocy 2 koni mechanicznych :D
Zdarzyło mi się tą maszyną uderzyć w garaż po czym mam pamiątkę w postaci blizny na dłoni, uciekać przed dzikiem, leśniczym itd. itd. Tak się właśnie zaczęła moja przygoda z motocyklizmem.
Potem było parę lat przerwy, poznaliśmy się z Asią i w garażu pojawiło się wściekle żółte marzenie każdego początkującego motocyklisty czyli Suzuki GS500E. Zaczęły się powoli wspólne przejażdżki, był pierwszy samotny wyjazd na zlot aż pod Żywiec. Jednak po prawie 2 sezonach zaczęło brakować czegoś więcej. I tak pojawiła się rasowa sześćsetka Yamaha FZS600S. Przejechaliśmy nim ponad 40.000km Zaliczyliśmy pierwszy wyjazd zagranicę na MotoGP do Brna. Pojechałem na prawie dwa tygodnie sam do Włoch i Austrii gdzie praktycznie cały czas spędziłem w siodle. Odwiedziliśmy wspólnie Chorwację gdzie się poznaliśmy kilka lat wcześniej. Była też pierwsza i jak dotąd jedyna stłuczka, na szczęście bez większych konsekwencji.Po 5 sezonach nadszedł jednak czas na zmianę...
...na TDM 900.Nasza aktualna maszyna spod znaku trzech kamertonów. Yamaha robi nie tylko dobre fortepiany, ale i motocykle. Od razu jak go zobaczyłem wiedziałem, że będzie nasz, chociaż początkowo miało być coś bardziej sportowego. Stanęło na TDM dobrym w sam raz, żeby skoczyć po bułki czy przejechać 1000km do Włoch w ciągu jednego dnia :)Jest to na tyle fajny motocykl, że pewnie prędzej zajeździmy silnik i wymienimy na nowy, niż kupimy inny sprzęt.
Aktualnie służy nam w dojazdach do pracy i walce w poznańskich korkach. Nie jest łatwo, ale dajemy radę :) Pali przez to jak smok, ale to też po części wina ciężkiej ręki na manetce ;) W tym roku na pewno motocyklem parę ciekawych miejsc odwiedzimy. Nie może być inaczej.
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Spacery i dygresja "socjalizacyjna" :)
Pogoda w końcu zaczyna być lepsza i możemy bezpiecznie zabierać Bebetki na spacer. Lubię pierwsze wyjścia z maluchami, kiedy najpierw ostrożnie tuptają po trawce, niepewnie rozglądając się na boki, żeby po kilku minutach szaleńczo ganiać z resztą, zaczepiając każdy kwiatek i każdy patyczek. Korzystajac z pogody staramy się jak najczęściej zabierać maluchy na bieganie, spacerowanie nowymi trasami, czy na przejażdżki, co by dzieciaki maksymalnie "za młodu" poznały otoczenie.
Wiem jak ciężkie może być życie z płochliwym psem, bo wiele czasu zajęło mi naprawienie braków socjalizacyjnych u Draga. Drago za dzieciaka nie znał terenu poza domem hodowcy, a my słuchając jego rad zamiast zabrać psa na spacer do miasta, chodziliśmy z nim na pola (z dala od ruchu, zgiełku i normalnego życia) żeby pies się wybiegał. Drago był moim pierwszym psem, dlatego chłonęłam to co mówił hodowca, dopiero z czasem okazało się że to nie do końca tak jak być powinno. Kwarantanna sprawiła że spacery odkładaliśmy i odkładaliśmy i wszystko to sprawiło że po przeprowadzce do Poznania pierwsze pół roku było dla niego straszne (Drago miał wówczas ok 1,5roku). Każdy przejazd samochodu, tramwaju wywoływał z nim panikę i chęć ucieczki. Kontakt z windą, odgłosy na klatce, przejazd karetek czy innych sygnałowych i pies chował się w najciemniejsze kąty. Odwrażliwianie zajęło nam niestety sporo czasu i choć nie zmienił się w psa super odważnego i nadal z rezerwą podchodzi do nowych rzeczy to i tak jego zachowanie poprawiło się o 180 stopni.Dlatego gdy pojawiały się kolejne psiaki i gdy przyszła pora na nasze maluchy wiedziałam ze nie możemy dopuścić do takich braków socjalizacyjnych i skazywać siebie i przyszłych właścicieli na życie z panikarzem. I tak po pierwszym szczepieniu (jako że chwilowo nie jesteśmy posidaczami własnego trawnika) zabieramy dzieciaki na zewnątrz. Najpierw z dorosłymi żeby miały wsparcie "psychiczne", z czasem same dzieciaki, a potem każdego indywidualnie( w zależności od postępów), żeby miały świadomość, że świat nie
jest taki straszny na jaki z początku wygląda. Zabieramy maluchy w miejsca na początku odosobnione z czasem coraz bardziej hałaśliwe, jeździmy samochodem, poznajemy autobusy (plusy mieszkania przy pętli :)) Staramy się żeby dzieciaki były odważne i "zaradne" :) Jak na razie się udaje.
W weekend zabraliśmy Leeloo na zapoznanie ze "stadem" Marty, z którym mała będzie miała bardzo często kontakt i wiecie co? Lilka weszła jak do siebie :) Przywitało ją 6 szalonych borderów, którym mała ledwo wzrostem do pięt dorasta a ona po krótkiej chwili próbowała ganiać z nimi jak gdyby nigdy nic chociaż oczywiście zostawała mocno z tyłu :) Ot i za to terriery lubię :) A maluchy już załapały że obróżka = wyjście i grzecznie czekają na ich założenie. I tak zabieramy całą piątkę (w końcu Frania towarzyszy nam na ogólnych spacerach, choć ciągle na L4 z zakazem biegania i tylko na smyczy :( ) na popołudniowe wyjścia, czasami zastanawiam się kto ma z tego więcej frajdy- my czy one :)
piątek, 20 kwietnia 2012
No i po weekendzie :)
No i po weekendzie
Jak to zawsze bywa weekendy mijają zdecydowanie za szybko, a te wystawowe już w szczególności.
W sobotę rano ruszamy na Grudziądz, mgła przeokrutna od rana, z niepokojem patrzymy też w niebo czy nie będzie też padać. Organizacyjnie całkiem dobrze- parking blisko ringów więc odpada problem noszenia rzeczy, rozdzielamy się z dziewczynami i każda rusza pod swój ring. Dzisiaj 13 bostonów zgłoszonych, wszystkie się odliczyły. W końcu przychodzi kolej na nas, Cookie wychodzi w klasie pośredniej z dwiema konkurentkami i pierwsza radość mamy złoto i pierwsze CWC u nas w kraju, czekamy na porównanie z
sunią z klasy otwartej i znowu się udaje - mamy tytuł Zwycięzcy no i ostatnie porównanie z dorosłym psem i sunią- najlepszy juniorem i ku mojemu zaskoczeniu Cookie jest najlepsza w rasie zyskując tytuł BOB !!! Czekając na oceny dziewczyn korzystałyśmy ze słońca, które postanowiło się ujawnić,a Cookie z Kyronem szalały wspólnie, ku uciesze oglądających :) Na finałach rundka honorowa i schodzimy :) Dziewczyny także nie miały szczęścia także zwijamy towarzystwo i ruszamy pod Inowrocław.
Po zameldowaniu my padłyśmy i liczyłyśmy że to samo zrobią psy, zmęczone czekaniem, słońcem i szaleństwami przed ringiem, ale one dalej swoje :)
Niedzielny poranek przywitał nas deszczem i taka pogoda utrzymywała się przez cały dzień :( Dojeżdżamy na wystawę i okazuje się że miejsc parkingowych brak a organizator nie przewidział otworzenia chociażby bocznych wejść, wymuszając spacer w coraz mocniej padającym deszczu z psami i klatkami do głównego wejścia. Bostony sędziowane dzisiaj późno, jako pierwszy wchodzi Kyron, nam udało się w tym czasie schować w namiocie znajomych (dziękujemy :) ). Dach na głową szybko sie skończył więc Cookie opatulona w swoim śpiworku śpi w klatce, ja w oczekiwaniu na ocenę moknę :) W końcu przed 12 przyszła kolej na bostony. Ja po prawie całkowitym przemoczeniu straciłam jakikolwiek zapał do biegania, Cookie po wyjściu z klatki zresztą też :) Sędziowanie właściwie w biegu, sędzina już przemoknięta, psy po krótkim staniu w deszczu i na wietrze trzęsą się niemiłosiernie (dla tych co nie wiedzą bosotny to wybitnie ciepłoluby). Cookie "wytrząsła" CWC i w porównaniu z suczką z klasy otwartej została Zwycięzca w sukach, dzisiaj BOB zgodnie z przewidywaniami bierze sunia z młodzieży. Mamy upragnione CWC, odbieramy kartę z oceną i biegusiem pod ring hovków i przy okazji ratujemy się namiotem dobrych
ludzi (znów dziękujemy :) ). Przed nami oczekiwanie na finały z Kyronem. Na szczęście mamy czas żeby schować się w samochodzie a z pomocą i rozgrzaniem przychodzi Caffe Latte by Mc :) W końcu przychodzi czas na finały, na szczęście sędziowie zdali sobie sprawę i błyskawicznie oceniali psy na ringach, Kyron niestety na finałach nic nie powalczył.
Ruszamy na Poznań, psy dziś zziębnięte i wymęczone padły w samochodzie. W końcu jesteśmy w domu i można przemoknięte ubranie zamienić na dres i kocyk i uraczyć się ciepłą herbatą. Bebetków nie widziałam przez dwa dni i nagle jakieś takie duże się wydają :) Cookie po powitalnym szaleństwie melduje się z pozostałymi pod kocem, nie ma to jak w domu na własnej kanapie :)piątek, 13 kwietnia 2012
Weekendowo, wystawowo :)
Pakowanie, szykowanie.....
I kolejny weekend wystawowy przed nami po ostatnich występach na Litwie, pora pokazać się "za dorosłego" w kraju :) Przed nami maraton - Grudziądz i Inowrocław.
Mimo, że na wystawach jesteśmy dość regularnie, zawsze na dzień przed przy pakowaniu dopada mnie ten sam dreszczyk emocji i te same nerwy :) Muffinki upieczone, Cookie już "wyprana"standardowo szaleje z resztą ganiając z ręcznikiem (to taka nasza zabawa uprzyjemniająca, dzięki czemu psy wiedzą że kąpiel nie jest "be" i zawsze sie potem można poszarpać ręcznikiem i przez to same wskakują do wanny na hasło idziemy się kąpać :) i w ten także sposób niestety kilka razy wpakowały się do wanny w której przygotowywałam kąpiel dla siebie :) ) a koty upierdliwe ładują się do torby urządzając sobie z niej fort do szturmowania, wywalając co chwilę poskładane już ubrania. Lucjan oczywiście nie odpuści żadnej reklamówce przez co pakowanie zamiast standardowych 10 minut trwa dwa razy tyle. Jeszcze raz przegląd czy wszystko spakowane dokumenty, książeczka, zgłoszenie, ringówka, smaki, i jeszcze raz rzut okiem czy aby na pewno wszystko i jeszcze raz tak tylko kontrolnie, i w końcu Booooniuuuuuu ! zobacz czy wszystko spakowałam? Tak dla pewności :)
Tym razem Boniek zostaje z resztą bandy a ja ruszam na babski wyjazd :) i zabieramy się z hovawartem i cattle dogiem Kyronem - z którym Cookie pałają do siebie miłością dziwną :) Ot taka kokietka z niej tu pozachęca, tu popodrywa, a niech tylko chłop spróbuje na zaloty odpowiedzieć to Cookie przypomni mu, ze wolno patrzeć, ale nie dotykać:) A jak biedak straci zainteresowanie to się Cookie znów zacznie wdzięczyć ot i tak w kółko. Ale co by nie było, na wystawach Cookie za cattle dogami namiętnie się rozgląda, a i Kyron ponoć na spacerach wyszukuje czarno-białych płaskich :)
Jeszcze tylko rano uszykować klatkę (psy skojarzyły sobie klatkę z wyjazdami, jako że w domu z nich nie korzystamy, a że uwielbiają jeździć, to na widok klatki tak się ekscytują, że można zapomnieć o położeniu się spać, czy robieniu czegokolwiek bo wszystkie tuptają krok w krok za nami, żeby czasem o nich nie zapomnieć :) ) kawka w termos, po raz kolejny rzut oka czy aby na pewno wszystko spakowane i można ruszać. Ehh przyjemnie będzie znowu zobaczyć się ze znajomymi i pooglądać bostony, a patrząc na ilość
zgłoszeń, będzie pewnie na czym oko zawiesić
Także komu w drogę, temu.... do łóżka bo rano wcześnie pobudka :)
I kolejny weekend wystawowy przed nami po ostatnich występach na Litwie, pora pokazać się "za dorosłego" w kraju :) Przed nami maraton - Grudziądz i Inowrocław.
Mimo, że na wystawach jesteśmy dość regularnie, zawsze na dzień przed przy pakowaniu dopada mnie ten sam dreszczyk emocji i te same nerwy :) Muffinki upieczone, Cookie już "wyprana"standardowo szaleje z resztą ganiając z ręcznikiem (to taka nasza zabawa uprzyjemniająca, dzięki czemu psy wiedzą że kąpiel nie jest "be" i zawsze sie potem można poszarpać ręcznikiem i przez to same wskakują do wanny na hasło idziemy się kąpać :) i w ten także sposób niestety kilka razy wpakowały się do wanny w której przygotowywałam kąpiel dla siebie :) ) a koty upierdliwe ładują się do torby urządzając sobie z niej fort do szturmowania, wywalając co chwilę poskładane już ubrania. Lucjan oczywiście nie odpuści żadnej reklamówce przez co pakowanie zamiast standardowych 10 minut trwa dwa razy tyle. Jeszcze raz przegląd czy wszystko spakowane dokumenty, książeczka, zgłoszenie, ringówka, smaki, i jeszcze raz rzut okiem czy aby na pewno wszystko i jeszcze raz tak tylko kontrolnie, i w końcu Booooniuuuuuu ! zobacz czy wszystko spakowałam? Tak dla pewności :)
Tym razem Boniek zostaje z resztą bandy a ja ruszam na babski wyjazd :) i zabieramy się z hovawartem i cattle dogiem Kyronem - z którym Cookie pałają do siebie miłością dziwną :) Ot taka kokietka z niej tu pozachęca, tu popodrywa, a niech tylko chłop spróbuje na zaloty odpowiedzieć to Cookie przypomni mu, ze wolno patrzeć, ale nie dotykać:) A jak biedak straci zainteresowanie to się Cookie znów zacznie wdzięczyć ot i tak w kółko. Ale co by nie było, na wystawach Cookie za cattle dogami namiętnie się rozgląda, a i Kyron ponoć na spacerach wyszukuje czarno-białych płaskich :)
Jeszcze tylko rano uszykować klatkę (psy skojarzyły sobie klatkę z wyjazdami, jako że w domu z nich nie korzystamy, a że uwielbiają jeździć, to na widok klatki tak się ekscytują, że można zapomnieć o położeniu się spać, czy robieniu czegokolwiek bo wszystkie tuptają krok w krok za nami, żeby czasem o nich nie zapomnieć :) ) kawka w termos, po raz kolejny rzut oka czy aby na pewno wszystko spakowane i można ruszać. Ehh przyjemnie będzie znowu zobaczyć się ze znajomymi i pooglądać bostony, a patrząc na ilość
zgłoszeń, będzie pewnie na czym oko zawiesić
Także komu w drogę, temu.... do łóżka bo rano wcześnie pobudka :)
niedziela, 8 kwietnia 2012
Świąteczny relaks
Czyli byczymy się korzystając z wolnego.
Liczyliśmy na fajną pogodę, żeby zabrać cały gang za miasto, a tu zrobiło się zimno, wiatr przeokrutny i bostony zastrajkowały na porannym spacerze. Skoro nie, to bawimy się w domu, Frania odpoczywa po zabiegu a my wszyscy byczymy się z nią na kanapie póki mamy okazję.W końcu w Święta oprócz "świętowania" trzeba też poleniuchować
Wesołych Świąt wszystkim :)
(Leeloo z Cookie na przedzie, za nimi Frania, a w tle Mores i Bluberry Pie- zdjęcie sprzed kilku dni, ale poza innym rozłożeniem codziennie wygląda to tak samo :) )
Liczyliśmy na fajną pogodę, żeby zabrać cały gang za miasto, a tu zrobiło się zimno, wiatr przeokrutny i bostony zastrajkowały na porannym spacerze. Skoro nie, to bawimy się w domu, Frania odpoczywa po zabiegu a my wszyscy byczymy się z nią na kanapie póki mamy okazję.W końcu w Święta oprócz "świętowania" trzeba też poleniuchować
Wesołych Świąt wszystkim :)
(Leeloo z Cookie na przedzie, za nimi Frania, a w tle Mores i Bluberry Pie- zdjęcie sprzed kilku dni, ale poza innym rozłożeniem codziennie wygląda to tak samo :) )
środa, 4 kwietnia 2012
Luty 2012- Leeloo
Leeloo - Nefre (FCI) BLUEBERRY MUFFIN- czyli dziecię z ostatniego miotu. Ci co śledzą uważnie (jeśli są już tacy) zaraz zauważą że we wcześniejszym poście pisałam, że uzgodniliśmy - póki co czwarty pies nie wchodzi w grę.No cóż nie mam nic na swoje usprawiedliwienie (Michał zresztą też nie) :) Czasami po prostu pewnych okazji nie można nie wykorzystać :)
Jeśli chodzi o Liliankę to bardzo liczymy na jej sportową karierę, a to za sprawą jej współwłaścicielki- Marty :)

Ale co z tego wyniknie zobaczymy z biegiem czasu jak mała zacznie dorastać i w czym będzie czuła się najlepiej :)Luty 2012 - Bebetki
Minęło prawie 1,5 roku od ostatniego szczeniakowego rozgardiaszu i przyszła kolej na drugi miot. Poszukiwania kawalera tak jak poprzednio zajęły nam duuuuużo czasu. W końcu zdecydowaliśmy się na amerykańskiego psa, mieszkające w niemieckiej hodowli Hessen Villa.Tym psem był - Kashmere's ICING ON THE CAKE - "Jackson". Pies co najważniejsze dla mnie przebadany i po przebadanych rodzicach, bardzo utytułowany młody, świetnie się zapowiadający pies. Tym razem jechaliśmy w okolice Frankfurtu nad Menem. Poznaliśmy wspaniałych ludzi, ich psy, a mnie zaświeciły się oczy na widok 6 tygodniowych dzieci Jacksona, które były w hodowli :) Dla mnie frajda z poznania ludzi i kolejnych bostonów, dla Michała jeszcze większa radość.... z wizyty na jednym z największych lotnisk w Europie.
(I tu nastąpi mała dygresja - bo o czym nie napisałam wcześniej Michał oprócz motocykli ma jeszcze fioła na punkcie samolotów i z zamiłowania jest spotterem i to "nawiedzonym" :) bo jak inaczej nazwać kogoś kto przez 2 godziny stoi w ulewie i na wietrze żeby robić zdjęcia samolotom? Ale przysięgałam "w zdrowiu i chorobie"- a to jest jego choroba :) ) Także wyjazd obopólnie udany, a co z Franią? Tak jak wcześniej przez długo długo żadnych objawów, w końcu jedziemy na USG, znowu skręca mnie w żołądku przed
wejściem do gabinetu (a Frania jak zwykle na luzie melduje się pod szafką ze smakołykami) Przykładamy głowice i są pęcherzyki :):)
Frania jak to Frania całą ciążę znowu w biegu, aż do 11 lutego kiedy na świecie pojawia się 3 maluchy (miła odmiana po 7 :) ) Mamy dwóch chłopaków i jedną dziewczynkę. Pierwsze spojrzenie - jest chłopak pręgowany a ja jakoś tak mam słabość do pręgusów (mimo że żadnego nie posiadam :) jeszcze..... ). I szybka myśl przelatuje przez głowę a może zostawimy chłopaka? Michałowi nie ośmielam się tego powiedzieć, w końcu uzgodniliśmy że na razie czwarty pies nie wchodzi w grę.

Pierwsza doba za nami i pierwsze nerwy, Frania ciągle słabiutka, jeden chłopak słabiutki. Wzmacniamy Franię jak się da, odciążamy jak możemy- tu z pomocą przychodzi Cookie, której żadne siły nie sąw stanie wypędzić z kojca, za to przejęła obowiązki Frani w kwestii mycia i sprzątania. Mijają kolejne doby Frania bardzo powoli dochodzi do siebie, a nasz najmniejszy bąbelek, no cóż.... Nie sądziłam, że tak szybko będę musiała stanąć przed taką decyzją i że czarne oblicze hodowli dotknie nas tak szybko. Bo jak inaczej można nazwać podjęcie decyzji o eutanazji takiego malucha? Walczyliśmy o niego trochę ponad 2 tygodnie, odkładając tą decyzję co chwila, licząc że może się uda, że może mały w końcu się przełamie, jak jednak pokazała sekcja nie było na to szans. Kosztowało nas to wiele nieprzespanych nocy, jeszcze więcej nerwów, łez na koniec i choć sekcja nie pozostawiała złudzeń, wcale nie sprawiło to, że łatwiej jest nam się z tym uporać. Utrata szczeniaka jest bardzo bolesna i niestety dotyka dużego grona hodowców, choć niewiele osób głośno o tym mówi.

Po smutnym początku w końcu zaczęliśmy wychodzić na prostą. Frania stanęła na nogi i znów jest ciągle w biegu, a nasze maluchy rosną i broją coraz bardziej :)Jak pisałam przy "A" dzieciakach szukamy motywów łączących dzieci z danego miotu. I jeszcze zanim pierwsze dzieci pojawiły sie na świecie oznajmiłam że jak będzie miot na "B" to musi być Bluberry Muffin ot taka moja fanaberia. A skoro jedno imię wybrane to o miot w takim razie mamy na słodko.
A zatem przedstawiamy dziewczynkę- BLUEBERRY MUFFIN i chłopca BLACKBERRY PIE i nasze maleństwo choć długo na świecie nie był imię i tak dostał- BON BON.
Co o tych maluchach? Za wiele na razie powiedzieć nie można bo jeszcze są z nami- dziewczynka na stałe, chłopak czeka na kochający dom :) I tak o to w telegraficznym skrócie nadgoniliśmy ostatnie lata :)
wtorek, 3 kwietnia 2012
Wrzesień 2011 - Lucjan
Lucjan ( zakała rodziny :) cytując kabaret Ani Mru Mru ) Trafił pod naszą opieką w wieku 4 tyg
- czarny diabeł. Historia jak w przypadku koty (nie)stety się powtórzyła.
Coś jest w tym małym szatanie, co sprawia że i my i nasze psy kochamy go
ponad życie. A Lucjan (zakała rodziny) święcie przekonany że jest bostonem, przejął w pełni ich
zachowania tworząc razem z Cookie duet szturmowo-destrukcyjny :)
Z jednej strony przekochany kot, strasznie przymilny, przychodzi na każde zawołanie, ciągle rozmruczany ( tu mój ulubiony tekst od Michała- Lucjan nie mrucz do mnie jak na ciebie krzyczę ! ) i wszędzie ale to wszędzie wtyka swój czarny nos. Nic nie można zrobić bez jego wiedzy większego upierdliwca na świecie nie ma ! W tej całej "rozkoszności" jest wyjątkowo nieporadny i niczym słoń w składzie porcelany, ciągle mu coś nie wychodzi, skądś spada, coś zrzuca - ot Lucjan zakała rodziny i już :)
A najgorsze jest to, że po wszystkim zapoda "baranka" (tu kociarze wiedzą o co chodzi) pomruczy, udepcze łapkami kolana i położy się jak gdyby nigdy nic "kołami do góry" i jak tu się gniewać na niego? A i jeszcze jedna wada- jest czarny przez co na zdjęciach wychodzi jak plama :)
Wrzesień 2010 - Cookie
Cookie - Nefre (FCI) A KIND OF MAGIC - mała, którą zostawiliśmy z pierwszego miotu. Sunia do rany przyłóż :) Kochająca wszystko i wszystkich. Niezwykle skupiona w pracy - po mamusi biega w agility, nie schodząca z kolan w domu.

O takie nasze ciasteczko. Trochę pyskate gdy na chwilę się o niej zapomni :) Ma w tych oczach coś takiego co przyciąga i hipnotyzuje ludzi :) Jeśli chodzi o wystawy - nie spodziewałam się, że mała pokaże taką klasę, tym bardziej że to pierwsze dziecię w którym widnieję jako hodowca i właściciel w jednym. Mała ma na koncie Mł Ch Pl i Mł Ch Sk, tytuł Vilnius Cup Winner i otwarte drzwi do championatów Czech, Litwy i Interchampionatu, teraz spróbujemy naszych sił na ringach polskich. A pomiędzy wystawami wracamy na tor agility jak tylko pogoda dopisze :) bo to jest to, co bostony (bynajmniej moje) lubią najbardziej. Wrzesień 2010 - pierwsze Nefreciaki
Miot "A" - nasze pierwsze wyczekane maluchy. Najpierw wszystkie badania, aby mieć pewność że Frania nie przekaże wad dzieciakom, dłuuuugie wybieranie reproduktora i potem oczekiwanie na cieczkę.
Na pierwszego "ojca" wybraliśmy amerykańskiego psa mieszkającego w niemieckiej hodowli Victory Lane- To Sa's WALKER TO VICTORY LANE aka Walker. Termin wyliczony, wszystko zaklepane, ruszamy "niecałe" 900 km dla mnie duży stres, Frania jak to Frania z brzuchem do góry drzemie na tylnej kanapie.
Na miejscu - przesympatyczni ludzie, wspaniałe psy oj chciałoby się że ta wyprawa była owocna.
Następnego dnia wracamy i wieczorem Frania po raz pierwszy w życiu odmawia posiłku. Michał optymistycznie oznajmia- widzisz zaciążyła :) Ja: A gdzie tam po kilku godzinach możesz wiedzieć, Michał upierał się że zaszła i wiecie co...po kilkudziesięciu dniach okazało się że miał rację :) Pierwsze USG i widać pęcherzyki - piękny widok a i wydruk do tej pory wisi na honorowym miejscu na lodówce :D
A Frania jak to Frania nic sobie z ciąży nie robi biega, lata skacze i nie zwalnia tempa- no bo po co, przyprawiając mnie tym o stan zawałowy.
Brzuch rośnie, gdy kładziemy na nim rękę czuć jak się wiercą, a Frania..... ciągle w biegu. Aż do 14 września.
Oto są i to w jakiej ilości ! Siedem ! Do tej pory gdy o tym myślę dreszcz przebiega mi po plecach. 5 dziewczyn i 2 chłopaków. Małe 200 gramowe bejbiki i jedna kruszynka 99 gram. I tu moja pierwsza obawa- czy da radę, ale od samego początku maleństwo potrafiło upomnieć się o cycucha.
Czas szybko mija, maluchy rozbiegają się po domu a my za nimi z mopem :)
Zanim jeszcze planowaliśmy dzieciaki zawsze chciałam aby każdy miot coś łączyło- żeby był jakiś motyw przewodni. I tak miot "A" padło na piosenki.
Pierwsza sunia- "A WOMEN IN LOVE" po domowemu Frajda. Mała nie wystawiana zgodnie z moimi zaleceniami :) Mieszka w Polsce jako ulubienica (mam nadzieję :) ) domu. I choć na krótko straciliśmy kontakt na szczęście udało się go odyskać i mam nadziję że tak pozostanie.
Sunia druga "ALWAYS ON MY MIND" - Juka. Po zmianie właściciela obecnie mieszka u mojej dobrej znajomej pod Poznaniem z dwiema bostonowymi przyjaciólkami. Jednocześnie pokazała wielką klasę na wystawach udowadniając niektórym, że ciut za szybko się poddali. Zdobyła Mł Ch, rozpoczęła dorosły Ch i stanęło dwukrotnie na "pudle" BIS i Bis Junior a takze BOG na wystawie międzynarodowej w Poznaniu.
Sunia trzecia - A GROOVY KIND OF LOVE - Hippa- wyjechała do Finlandi. Mieszka z drugą bostonką Hestia, a my regularnie dostajemy zdjęcia dziewczyn, za co bardzo dziękujemy.
Sunia czwarta- A KIND OF MAGIC- "Cookie" sunia, która została z nami- więcej o niej później.
Sunia piąta AMERICAN WOMAN - Ellie -mieszka w Niemczach. Dla nas zawsze pozostanie "Bubą"- z charakteru kopia Freśki, dlatego pewnie była ulubienicą Michała i chyba z nią najciężej było jemu się rozstać. Ellie zawładnęła sercem właścicieli przez swój cudny charakter - nie powiem żebym była tym faktem zdziwiona :)
Chłopak pierwszy - ALL YOU NEED IS LOVE- "Hammer" mieszka tuż pod nosem bo także w Poznaniu.
Z mlekiem matki wyciągnął zamiłowanie do sportu i razem z nami trenuje frisbee, złoty i srebrny medalista :) I nasz towarzysz spacerowy :)
Chłopak drugi - ADDICTED TO LOVE- "Harry" mieszka w Krakowie. Wystawiany za młodu, chwilowo (mam nadzieję) ma przerwę :) Ukochany jedynak :)
I tak nam się dzieciaki porozjeżdżały. W domu nagle z rogardiaszu zrobiło się ciszej (i nie trzeba patrzeć pod nogi jak się chodzi) ale jakos tak smutniej, ale cieszy nas to, że ze wszystkimi dzieciakami mamy kontakt i że nowi własciciele kochają maluchy ( no moze już nie maluchy) tak samo jak my.
A Frania przez cały czas ciągle w biegu, karmiła zawsze z zabawką w pysku a po karmieniu wymyła dzieciaki i czekała tylko aż ktoś wejdzie do kojca- czy to Mores czy Kota czy my i wtedy zabawka w zęby i sruuu do zabawy :) A całe wychowanie spadło na Moresa i tak na prawdę to on uczył dzieciaki kultury :) i że dorosłego trzeba uszanować :)
Na pierwszego "ojca" wybraliśmy amerykańskiego psa mieszkającego w niemieckiej hodowli Victory Lane- To Sa's WALKER TO VICTORY LANE aka Walker. Termin wyliczony, wszystko zaklepane, ruszamy "niecałe" 900 km dla mnie duży stres, Frania jak to Frania z brzuchem do góry drzemie na tylnej kanapie.Na miejscu - przesympatyczni ludzie, wspaniałe psy oj chciałoby się że ta wyprawa była owocna.
Następnego dnia wracamy i wieczorem Frania po raz pierwszy w życiu odmawia posiłku. Michał optymistycznie oznajmia- widzisz zaciążyła :) Ja: A gdzie tam po kilku godzinach możesz wiedzieć, Michał upierał się że zaszła i wiecie co...po kilkudziesięciu dniach okazało się że miał rację :) Pierwsze USG i widać pęcherzyki - piękny widok a i wydruk do tej pory wisi na honorowym miejscu na lodówce :DA Frania jak to Frania nic sobie z ciąży nie robi biega, lata skacze i nie zwalnia tempa- no bo po co, przyprawiając mnie tym o stan zawałowy.
Brzuch rośnie, gdy kładziemy na nim rękę czuć jak się wiercą, a Frania..... ciągle w biegu. Aż do 14 września.
Oto są i to w jakiej ilości ! Siedem ! Do tej pory gdy o tym myślę dreszcz przebiega mi po plecach. 5 dziewczyn i 2 chłopaków. Małe 200 gramowe bejbiki i jedna kruszynka 99 gram. I tu moja pierwsza obawa- czy da radę, ale od samego początku maleństwo potrafiło upomnieć się o cycucha.Czas szybko mija, maluchy rozbiegają się po domu a my za nimi z mopem :)
Zanim jeszcze planowaliśmy dzieciaki zawsze chciałam aby każdy miot coś łączyło- żeby był jakiś motyw przewodni. I tak miot "A" padło na piosenki.
Pierwsza sunia- "A WOMEN IN LOVE" po domowemu Frajda. Mała nie wystawiana zgodnie z moimi zaleceniami :) Mieszka w Polsce jako ulubienica (mam nadzieję :) ) domu. I choć na krótko straciliśmy kontakt na szczęście udało się go odyskać i mam nadziję że tak pozostanie.
Sunia druga "ALWAYS ON MY MIND" - Juka. Po zmianie właściciela obecnie mieszka u mojej dobrej znajomej pod Poznaniem z dwiema bostonowymi przyjaciólkami. Jednocześnie pokazała wielką klasę na wystawach udowadniając niektórym, że ciut za szybko się poddali. Zdobyła Mł Ch, rozpoczęła dorosły Ch i stanęło dwukrotnie na "pudle" BIS i Bis Junior a takze BOG na wystawie międzynarodowej w Poznaniu.Sunia trzecia - A GROOVY KIND OF LOVE - Hippa- wyjechała do Finlandi. Mieszka z drugą bostonką Hestia, a my regularnie dostajemy zdjęcia dziewczyn, za co bardzo dziękujemy.
Sunia czwarta- A KIND OF MAGIC- "Cookie" sunia, która została z nami- więcej o niej później.
Sunia piąta AMERICAN WOMAN - Ellie -mieszka w Niemczach. Dla nas zawsze pozostanie "Bubą"- z charakteru kopia Freśki, dlatego pewnie była ulubienicą Michała i chyba z nią najciężej było jemu się rozstać. Ellie zawładnęła sercem właścicieli przez swój cudny charakter - nie powiem żebym była tym faktem zdziwiona :)
Chłopak pierwszy - ALL YOU NEED IS LOVE- "Hammer" mieszka tuż pod nosem bo także w Poznaniu.
Z mlekiem matki wyciągnął zamiłowanie do sportu i razem z nami trenuje frisbee, złoty i srebrny medalista :) I nasz towarzysz spacerowy :)
Chłopak drugi - ADDICTED TO LOVE- "Harry" mieszka w Krakowie. Wystawiany za młodu, chwilowo (mam nadzieję) ma przerwę :) Ukochany jedynak :)
I tak nam się dzieciaki porozjeżdżały. W domu nagle z rogardiaszu zrobiło się ciszej (i nie trzeba patrzeć pod nogi jak się chodzi) ale jakos tak smutniej, ale cieszy nas to, że ze wszystkimi dzieciakami mamy kontakt i że nowi własciciele kochają maluchy ( no moze już nie maluchy) tak samo jak my.A Frania przez cały czas ciągle w biegu, karmiła zawsze z zabawką w pysku a po karmieniu wymyła dzieciaki i czekała tylko aż ktoś wejdzie do kojca- czy to Mores czy Kota czy my i wtedy zabawka w zęby i sruuu do zabawy :) A całe wychowanie spadło na Moresa i tak na prawdę to on uczył dzieciaki kultury :) i że dorosłego trzeba uszanować :)
Październik 2009- Panna Kota
Panna Kota- czyli pierwszy miauczący sierściuch mieszkający już z nami.
Podczas mojej pracy w lecznicy dość często braliśmy na tak zwany "tymczas" małe kociaki wymagające pomocy. Od kilku dniowych osesków, po kilkumiesięczne maluchy. Części niestety nie udało się uratować, inne odchowane trafiały do nowych domów, do czasu Koty.

Mała trafiła do nas w wieku ok 2 miesięcy w październiku 2009 r. Standardowo nie nadawaliśmy imienia, aby nie "zapeszać" ani nie przywiązywać się wzajemnie. Jednak mała miała w sobie coś takiego, co sprawiło, że nawet nie staraliśmy się szukać dla niej domu :) I tak tygodnie mijały mała coraz bardziej wpasowała się w psy i tak mimowolnie została naszym kotem. A że imienia do tej pory nie było została po prostu Kotą.
Jak na kota jest bardzo poukładana, nie licząc drapaka typowo naziemna i niewiele rzeczy jest w stanie zrobić na niej wrażenie- w końcu przeszła chrzest z dwoma terrierami. Za młodu ulubienica Frani, z wiekiem zakochała się w Moresie. Bardzo uczuciowa i otwarta na innych, jedyny minus- rozpycha się w łóżku.
Podczas mojej pracy w lecznicy dość często braliśmy na tak zwany "tymczas" małe kociaki wymagające pomocy. Od kilku dniowych osesków, po kilkumiesięczne maluchy. Części niestety nie udało się uratować, inne odchowane trafiały do nowych domów, do czasu Koty.
Jak na kota jest bardzo poukładana, nie licząc drapaka typowo naziemna i niewiele rzeczy jest w stanie zrobić na niej wrażenie- w końcu przeszła chrzest z dwoma terrierami. Za młodu ulubienica Frani, z wiekiem zakochała się w Moresie. Bardzo uczuciowa i otwarta na innych, jedyny minus- rozpycha się w łóżku.
Luty 2009 - Freyka
Freyka - ODDIBE od Kopce Zebina - nasza pierwsza bostonowa sunia.
Oj Freyka, Frania, Franeczka. Żywioł nie pies :) Tu natura terriera wzięła górę, na początku Franca, z wiekiem ukochana Franeczka- ulubienica Michała :) Z jednej strony niby niezależna, z drugiej musi mieć kogoś z nas obok, albo przynajmniej na widoku.
Jest w ciągłym biegu, zawsze z aportem i jeden gest wystarczy żeby była gotowa do pracy. To przez nią zainteresowałam się psimi sportami i on jako pierwsza zaczęła ćwiczyć frisbee, potem także agility i pociągnęła za sobą resztę stada. Bardzo nakręcona na pracę przez co bywa niedokładna, ale pracujemy nad tym :)
Frania także brała udział w wystawach i chociaż uważa je za zdecydowaną stratę czasu (zawsze tupta w miejscu w oczekiwaniu na akcję bo ile można wykonywać komendę "stój") spisywała się bardzo dobrze zyskując BIS Baby II , Mł Ch Pl, Mł Zw Klubu, Ch Pl i Ch Sk, rozpoczęła także starania o Interchampiona. Czy będzie jeszcze wystawiana- tego nie wiem na obecna chwilę nie bierzemy tego pod uwagę. Skoro bardziej kręci ją sport- sportem głównie będziemy się zajmować.
Frania to także oficjalna założycielka naszej hodowli "Nefre (FCI)" i mama naszych dwóch pierwszych miotów "A" i "B" ale o tym później.
o zdjęcia w statyce w jej wypadku ciężko :)
Lipiec 2006- Mores
"Mores" - UNCLE BOSTON Krasna Fanfara - nasz pierwszy boston terrier.Po prawie dwóch latach poszukiwań i oczekiwania w lipcu 2006 roku w końcu przywieźliśmy naszego pierwszego bostona. Takie to to było małe i niepozorne :) A teraz.... no cóż kawał chłopa z niego wyrósł ale charakter wciąż dziecięcy- jak to facet (bez urazy Panowie).
Mores jest typowym maminsynkiem- moja wina przyznaję się bez bicia :). To pies o dwóch osobowościach- w domu myśliciel i filozof, trzy razy zastanowi się zanim coś zrobi, na dworze - wulkan energii,zawsze w biegu, zawsze chętny do zabawy.
Z Moresem także próbowaliśmy swoich sił w wystawach, a efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Pies marzenie, dla kogoś kto dopiero zaczyna swoją "prawdziwą" przygodę z kynologią i całym "show"biznesem. W niecały tydzień ukończył Mł Ch, zdobył Mł Zw Klubu, a że apetyt rośnie w miarę jedzenia był tytu,ł Ch Pl, Ch Sk, Zw Europy Śr i Wschodniej, Zw Polski -udało się raz, a potem jeszcze dwa kolejne :) i wymarzony tytuł Interchampiona.
Mores doczekał się także gromadki dzieci, które z dumą idą w ślady ojca, a także wnuków i prawnuków. Jest typowym czyściochem i ciepłolubem- spanie tylko pod kołdrą lub kocem, a najlepiej koło mnie, na spacerach omija każdą kałużę, błoto i inne nieprzyjemne pozostałości po wszelkich zjawiskach pogodowych, ot typowy arystokrata. Jak to Michał powtarza prawdziwy francuzik (linia strony ojca :) ). Taki nasz największy
"upierdliwiec" - zawsze musi być w centrum zainteresowania.
Lipiec 2003 - Drago
Pies o typowym charakterze goldena, kochający cały świat, z pasją (dla mnie niestety) tropiciela- książkowy golden i z przykrością stwierdzam, że takich już niestety nie robią. A popularność nie przyniosła rasie nic dobrego, ale to nie na teraz.
Drago dwa razy brał udział w wystawach i mimo, że jego kariera zapowiadała się całkiem obiecująco, on nie podzielił mojego entuzjazmu. Dlatego też, nie chcąc stresować go niepotrzebnie zrezygnowaliśmy z udziałów.
Od 2008 r Drago mieszka z moim tatą, a do nas wpada przy okazji badań, czy wyjazdów taty. Niestety powoli też daje o sobie znać jego wiek. Ale mamy nadzieję że mimo tego jeszcze długo będziemy mogli cieszyć się jego obecnością.
Najpierw o nas
Na początek krótkie wprowadzenie w głównych bohaterów - Joanna i Michał - czyli Nefre i Boniek :) Jedne póki co "człowieki" w tym stadzie.

Ja czyli Joanna od dzieciństwa zakochana w zwierzętach, zawsze ku rozpaczy rodziców znosiłam do domu jakieś zwierzaki. Ale dopiero po "wyprowadzce na swoje" doczekałam się wymarzonego psa i potem kolejnego i kolejnego... :) I z tej pasji i miłości powstała nasza hodowla "Nefre FCI". Z psami związałam się też zawodowo, pracując przez 4 lata jako pomoc w gabinecie weterynaryjnym i groomer.Swoją pasją zaraziłam Michała, który w pełni zaangażował się w psy, wystawy i wszystko co z nimi związane.
Michał- zapalony motocyklista i tą pasją zaraził mnie w pełni. Od kilku lat czynnie bierzemy udział w zlotach, spotkaniach, każde wakacje to tylko dwa kółka i każdy rok to wyjazd na Moto GP,a Michał do dziś przeklina dzień kiedy wprowadził mnie w GP i pokazał Rossiego (ahhh Valentino :) )
Ja czyli Joanna od dzieciństwa zakochana w zwierzętach, zawsze ku rozpaczy rodziców znosiłam do domu jakieś zwierzaki. Ale dopiero po "wyprowadzce na swoje" doczekałam się wymarzonego psa i potem kolejnego i kolejnego... :) I z tej pasji i miłości powstała nasza hodowla "Nefre FCI". Z psami związałam się też zawodowo, pracując przez 4 lata jako pomoc w gabinecie weterynaryjnym i groomer.Swoją pasją zaraziłam Michała, który w pełni zaangażował się w psy, wystawy i wszystko co z nimi związane.
Michał- zapalony motocyklista i tą pasją zaraził mnie w pełni. Od kilku lat czynnie bierzemy udział w zlotach, spotkaniach, każde wakacje to tylko dwa kółka i każdy rok to wyjazd na Moto GP,a Michał do dziś przeklina dzień kiedy wprowadził mnie w GP i pokazał Rossiego (ahhh Valentino :) )
No to zaczynamy.....
Witam na naszym blogu.
Nie będę się wdawać w przesadne wstęp, bo troszkę mam do nadgonienia :) A o czym w ogóle będzie? O nas, o tym jak wygląda życie z czterema bostonami i dwoma kotami pod jednym dachem, o wyprawach motocyklowych i ogólnie o tym jak staramy się okiełznać ten chaos :)
i przy okazji o tym jak opanować bloga :)
Nie będę się wdawać w przesadne wstęp, bo troszkę mam do nadgonienia :) A o czym w ogóle będzie? O nas, o tym jak wygląda życie z czterema bostonami i dwoma kotami pod jednym dachem, o wyprawach motocyklowych i ogólnie o tym jak staramy się okiełznać ten chaos :)
i przy okazji o tym jak opanować bloga :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)












