niedziela, 15 lipca 2012

Czerwiec, czerwiec......

i po czerwcu :) Miesiąc dla nas bardzo intensywny, jeśli chodzi o wyjazdy i w moim wypadku niestety pracę, dlatego żaden wpis tak długo się nie pojawiał.
Ale po kolei....
Początek miesiąca był jeszcze spokojny :) 3 czerwca w niedzielę wybraliśmy się z Leeloo na jej pierwszą wystawę do Leszna. Z wystawy chyba najbardziej ucieszył się Boniek, ponieważ miała ona miejsce na terenie aeroklubu :) Upiekliśmy zatem dwie pieczenie na jednym ogniu- ja mogłam spędzić czas ze znajomymi i psami, a Boniek popstrykać szybowce.
Jeśli chodzi o Lilkę cóż mogę powiedzieć- ma dziewczyna w sobie "to coś" bynajmniej jeśli chodzi o ustawianie, bo nad chodzeniem musimy jeszcze sporo popracować, ale biorąc pod uwagę, że mała miała 3,5 miesiąca jej zachowanie i prezentacja bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Sędziemu również bardzo się spodobała i mamy na swoim koncie pierwsze BOB Baby. W oczekiwaniu na finały ja z Lilą regenerowałyśmy się w aucie, a Boniek "latał" pomiędzy szybowcami :) przynajmniej nie miałam wyrzutów sumienia że musimy czekać tyle godzin :) a po powrocie okazało się, że szybowce mają więcej zdjęć niż psy. Chociaż muszę przyznać, że komicznie to wyglądało, gdy obiektywy wszystkich kierowane były na
dół na psy, Boniu jako jeden z niewielu kierował je w górę :) Organizacyjnie jeśli chodzi o finały oddział leszczyński niestety się nie spisał. Owszem, rzadko się zdarza, żeby finały rozpoczynały się punktualnie, natomiast tym razem nie dość, że rozpoczęły się później, to jeszcze nagle okazało się że jako pierwsze odbywać się będą finały grupy 8, której osobna wystawa rozgrywała się w tym samym dniu. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby taka informacja pojawiła się w katalogu, wtedy człowiek czekałby spokojniej,
gdyby wiedział na co, poza tym przed wejściem na ring okazało się, że nie ma sędziny i na szybko szukano innego sędziego. Troszkę nieprofesjonalnie wyszło jak na CACIBówkę.

Przyszedł nowy tydzień, niestety nadal dziewczyny uziemione przez cieczki, a u mnie duży "wybuch" w pracy, który niestety dość mocno pokrzyżował nasze plany :( a z lepszych newsów przyjeżdża do nas na ponad tydzień Drago :) Pod koniec tygodnia ruszamy na wystawę w Kaliszu. Michał został z dziewczynami, a ja żeby dać im trochę wytchnienia zabrałam ze sobą Moresa, Lilę no i Draga, który skończył u nas "kolonie". Przykro mi go zawozić do taty, bo jakby nie patrzeć to moj pierwszy pies, jednak widzę jak bardzo są już z tatą związani, jak mocno w krew weszły im ich wspólne nawyki i wiem że Drago o niebo lepiej czuje się na "własnych"/ tatowych śmieciach niż u nas. Jednak 4 bostony dla 9-latka są dobre tylko na dzień czy dwa, ale nie na dłużej. W niedzielę ruszamy do Kalisza, bostonów dopisało sporo, Leeloo ze wspaniałym opisem wygrywa Najlepsze Baby w Rasie. Z racji tego że tym razem towarzyszyła mi rodzina trochę nie na rękę im było czekanie na finały. W międzyczasie odwiedził nas także mieszkający w Kaliszu Marv-czyli brat naszej Lilki - Nefre BLACKEBRRY PIE. Młody bardzo wyprzystojniał, rośnie jak na drożach i o dobry kilogram przegonił naszą chudzinkę :) Co najważniejsze z opowieści właścicieli wynika, że kochany i mądry z niego chłopak a ja jestem niezmiernie dumna, że młody tak fajnie rośnie i daje im tyle radości. W końcu przyszła pora na finały i niestety znowu chaos- jakimś dziwnym trafem finały młodego prezentera odbywają się na ringu przygotowawczym i nim się dobrze skończyły na główny ring wchodzą
bejbiki każdy skąd mu wygodniej... No cóż mało to widowiskowe, ale idziemy :) Zostajemy po pierwszej selekcji, potem kolejna i nagle dotarło do mnie że została nas 4 znaczy mamy lokatę :) Czekamy na wywołanie a to 4 miejsce obstawione, 3 też, zaczynam się potwornie denerwować i nagle nie wierzę w to co słyszę - Lila wygra BEST IN SHOW Baby. Pobladłam ponoć niemiłosiernie, ręce i nogi tak potwornie mi się trzęsły że nie byłam w stanie dojść na podium ani podnieść małej :) Szybki telefon do Bońka a on jak to
on ze znanym sobie spokojem odpowiada- "no przecież mówiłem Ci ze tak będzie", telefon do Marty i odpowiada mi jeden wielki krzyk radości :) Wracam do taty po Moresa i ruszamy do Poznania.

Kolejny weekend i kolejna wystawa, tym razem z Leeloo debiutuje Marta. Dziewczyny ruszają do Krakowa, mimo długiego oczekiwania i upału Leeloo zgarnia kolejne BOB Baby.

Jakoś tak wystawowo nam się ten czerwiec ułożył i tydzień później jedziemy do Szczecina, także z Leeloo, tym razem zabieramy ze sobą dwie borderki Marty- Lilu i Zuzę, oraz Asię, która pomoże nam w wystawianiu całej bandy :) Droga do Szczecina minęła szybko, czego nie można powiedzieć o dojeździe już na samą wystawę. Szczecin jak większość miast jest strasznie rozkopany, także w okolicach miejsca gdzie wysatwa się odbywała. I tu wielki minus dla organizatorów za brak mapki dojazdowej czy chociażby oznaczeń już przy samej wystawie w formie jakichkolwiek tabliczek, ponieważ biorąc pod uwagę objazdy- ani GPS ani okoliczni mieszkańcy nie potrafili podpowiedzieć jak się tam dostać.Spora część wystawców miała ten sam problem co my.
Ale cóż ruszamy pod ringi, niestety bordery i bostony znów umiejscowione są w znacznej odległości od siebie, także zostawiamy Asię z dziewczynami i jesteśmy na "telefonie", a my z Bońkiem i Leeloo ruszamy pod ring bostonów. Towarzystwo dopisało, sympatycznie pogawędziliśmy, Lila wpadła w oko młodemu ogarowi i czas szybko im minął na współnych zabawach. Przyszła pora na bostony i póki co wszystkie psy schodzą z oceną bardzo dobrą, w końcu wchodzimy na ring, mała konkuruje ze śliczną dziewczynką z Niemiec, która na stałe zamieszka w Polsce. Patrzę sobie na to moje dziecię i o ile stanie jakoś tak samo z siebie jej przyszło i nawet nie ćwiczyłam z nią tego właściwie, tak nad chodzeniem jeszcze musimy popracować :) ale mimo wszystko udało się po raz kolejny i zgarniamy BOB Baby, a na finałach trafiamy do finałowej szóstki BIS Baby. Ledwo zeszłyśmy z ringu dostałam cynk od Asi że pora na borderowe dziewczyny, no więc pędzimy przez teren wystawy na ring borderów, Asia wystawa Lilu (tą borderową :) ) a ja w klasie pośredniej wychodzę z Zuzą. Po kilku minutach stresu mojego i Zuzy w końcu znalazłyśmy wspólny język i wybiegałyśmy lokatę 1 i CWC - drugie Zuzy z międzynarodowej wystawy :)

Mieliśmy jeszcze w planach wystawę w W-wie mała miała jechać z Martą, ale z racji pogody zrezygnowałyśmy i tym samym mamy wolne od wystaw do jesieni :)
Teraz czas na relaks, treningi i spotkania psio-towarzyskie :)

czwartek, 31 maja 2012

Trochę sportu

W końcu pogoda od jakiegoś czasu sprzyja treningom i z radością wróciłyśmy na tor. Frania nadal na L4, Mores tor olewa (czasem i dosłownie :) ) a Leeloo jeszcze za mała na pełnoprawny trening, został nam więc nasz pędziwiatr czyli Cookie. W tym roku dużo dla nas nowości. Ubiegły rok skupialiśmy się głównie na hopkach i tunelach, teraz doszły nowe przeszkody, koło, palisada, kładka i huśtawka, która napawa mnie niezmiennie niepokojem :)
Tym razem dużo technicznych ćwiczeń, co bardzo mnie cieszy, bo o ile Cookie z bieganiem i skakaniem nie ma problemów, o tyle moja orientacja przestrzenna na torze bywa no cóż.... Cookie jako, że w którymś pokoleniu gdzieś w rodzinie musiała mieć kota, wszystkie nowości "łyka" na raz i pełnym pędem ku memu przerażeniu biega po wszystkim bez zastanowienia:) Jedyne co huśtawkę rozkładamy na razie na wchodzenie i schodzenie z asekuracją, no cóż takiego oszołoma nie można jeszcze zostawić bez nadzoru :) Muszę powiedzieć że dumna jestem bardzo z dziewczyny, bo mimo jesienno-zimowej przerwy, w której przyznaję bez bicia nie odrabiałyśmy nawet pracy domowej, mała na torze odnalazła się rewelacyjnie. No ale cóż tu dużo mówić temperament i chęć do pracy odziedziczyła po mamusi :)
I choć snułam już powoli wizję pierwszych zawodów.Nasza radość z treningów nie trwała jednak długo, bo matka natura dała o sobie znać i obie dziewczyny się rozcieczkowały. A jako, że mamy w grupie kawalera i nie chcemy go rozpraszać a i ja nie jestem zwolennikiem takich intensywnych treningów w tym czasie zostajemy uziemieni przynajmniej do połowy czerwca :( Szkoda mi było trochę tracić treningi na tor ruszamy z Leeloo. No cóż na tor to trochę za dużo powiedziane :) Skoro dziecię ma być sportowe to i trzeba się uczyć za młodu. Na razie głównie ćwiczymy skupianie uwagi i zapoznajemy się z pachołkami i tunelami, które mała od początku pokochała w końcu tak fajnie hałasują :) A ja po zajęciach z nią jestem bardziej zmęczona niż po bieganiu z Cookie, ale cóż nie przywykłam do biegania w pozycji półkucanej i wiecznie pochylonej (po zakwasach odkryłam mięśnie, których posiadania nie byłam świadoma :) ) ale czego się nie robi dla psiej frajdy :)
A w niedzielę kolejne wyzwanie, tym razem Lilianka idzie po raz pierwszy na wystawowy ring :D

czwartek, 24 maja 2012

Nad pięknym, modrym Dunajem...

Czyli kolejny weekend wystawowy za nami. Tym razem na celowniku Bratysława.
Wyruszamy z Martą oraz jej dwiema borderkami- Sisi i Zuzu, "ciocią" Kasią, oraz ja z Cookie. Czyli babski weekend na całego.
W piątek duszny i upalny dzień nie zachęca do jazdy, na szczęście w połowie drogi zatrzymujemy się u znajomych Marty- właścieli Milesa- bordera z hodowli Marty. Psy szaleją na ogrodzie (Cookie rozkochała w sobie Milesa) a my raczymy się pyszną kawą na tarasie. Cisza, spokój, ogólna błogość, aż ruszać się nie chce. I z tego lenistwa z "szybkiej kawy" zrobiły się 2 godziny, ale jak nie od dziś wiadomo że we wspaniałym towarzystwie czas mija szybciej. Z ciężkim sercem ruszamy dalej.
Do Bratysławy miałam okazję wybrać się trzeci raz i pomimo swojego uroku, miasto to nadal jest dla mnie nie do ogarnięcia jeśli chodzi o drogę :) Ilość, wjazdów, zjazdów, objazdów i cała sieć rozbudowanej drogi po prostu do mnie nie przemewia i sprawia, że za każdym razem na dłużej lub krócej po prostu się gubię. Tym razem też tak było, na szczęście w wersji na "krócej". Przed 22 dotarłyśmy do hostelu.
I to miłe zaskoczenie standardem jak na hostel. Pięknie usytuowany nad samym Dunajem, z przestronnymi pokojami, świetną obsługę - na pewno znajdzie sie na naszej noclegowej liście hoteli wystawowych :) (dla zainteresowanych info na maila).
W sobotę ostatnie przygotowania psów, śniadanie i ruszamy na teren wystawy. Na miejscu jedna gigantyczna hala, która ciągnie się i ciągnie a my jak na złość rozlokowane zostałyśmy na przeciwległych jej końcach. Dziś sędzia z Japonii, bardzo długo i dokładnie sędziował, niestety opis dostaliśmy po słowacku i tak potwornie nieczytelny, że nie ma możliwości odszyforwania :( Co wiem na pewno Cookie dostaje ocenę doskonałą i CAC, wygrywając klasę pośrednią i jest to jej pierwszy krok w stronę championatu
Słowacji i czwartego w jej dorobku :) Porównanie przegrywamy z championką i zw świata w jednym piękną sunią, mieszkającą zresztą w Polsce :) Czekam na wybór Zw Rasy i biegiem na drugi koniec hali żeby pomóc Marcie przy porównaniu.
Jak się jednak okazało borderowe sędziowanie poszło zdecydowanie szybciej niż u nas. Obie dziewczyny Marty również wygrywają w swoich klasach i tym samym mamy 3 przyszłe (mamy nadzieję) championki :) Wracam do hostelu żeby chwilę odspnąć i dać czas dziewczynom na odpoczynek a my obmyślamy trasę zwiedzania miasta. Zaraz przy hostelu ciągnię się piękna trasa spacerowa wzdłuż Dunaju do centrum. Niestety po jakiejś godzinie zaczyna kropić a z czasem padać coraz mocniej i niestety musimy wracać. Udało nam się w samą porę wrócić przez konkretną ulewą, a deszcz niestety nie opuszcza nas już do samego wieczora i nasze plany staneły na niczym. W ramach rekomensaty w hostelowej kawiarance lądujemy na dużej kawej i lodach,w końcu nic tak nie poprawia nastroju jak "słodkie" :) Dziewczyny po odespaniu spaceru dostały wieczornej głupawki :) a my nam wieczór minął na rozmowach o.... nastepnych wystawach :)
W niedzielę rano pakowanie, śniadanie i ruszamy na wystawę. Ringi niestety, jak dla nas, rozłożone tak samo. Dziś sędzina z Rumunii- bardzo sympatyczna i ciepła kobieta. Cookie rezultat tak jak w sobotę - ocena doskonała, CAC i wygrana klasa pośrednia, dziś przegrywamy z drugą z championek. Jako, że dzisiaj  sędziowanie przebigało znacznie szybciej, wiec niewiele myśląc łapię wszystkie rzeczy i biegiem na początek hali do Marty, kilkakrotnie jak to w takim tłumie bywa ktoś potraci, ktoś szturchnie.... a i powinnam dodać że biegłam z miską pełna wody :) która to prawie cała wylądowała po drodze na moich spodniach.
Więc z mokrymi nogawkami dolatuję do Marty akurat w samą porę na porównanie, w biegu zdązylam tylko chwycić numerek, zamienić Cookie na Zuzę i wio na ring. Niestety nic juz nie wybiegałyśmy, dziś również w borderach górą biało- czarne. Dziewczyny powtórzyły jednak sukces z soboty zdobywając każda po CACu. Tym samym cała trójka jest w połowie drogi do Championatu.
Ponieważ pogoda nie zachęca do chodzenia, rezygnujemy zwiedzania i obieramy kierunek - dom.Chociaż drogę z racji rozgadania trochę wydłużyłyśmy :) no cóż baby... :)
I tym samym "zawieszamy" z Cookie wystawy na najbliższe pół roku w Polsce i do przyszłego roku za granicą. A w tym czasie wracamy na tor agility i powoli zaczynamy rozmyślać o zawodach :) 

niedziela, 6 maja 2012

Weekend słodko-kwaśny

Jeden z ostatnich weekendów kwietnia to stały już punkt w naszym kalendarzu wystawowym i wyjazd do Opola.
W sobotę bierzemy udział w wystawie klubowej IX grupy, niedziela to wystawa międzynarodowa. Podwójna wystawa zawsze przyciąga sporo wystawców, tak było i tym razem, w oby dwa dni ponad 20 bostonów stawiło się na ringu. W sobotę wystawialiśmy Cookie i standardowo na klub "odkurzyliśmy" Moresa, niech się chłopak raz do roku przebiegnie po ringu, a gdzie jak nie na klubie :) Dodatkowo wspierała nas Juka- czyli Nefre /FCI/ ALWAYS ON MIND sunia z naszego pierwszego miotu. Sędzina z Danii nie szczędziła ocen bdb czy nawet db, dlatego tym bardziej cieszą mnie oceny doskonałe u całej trójki. Cookie w klasie pośredniej uplasowała się na pierwszej lokacie, pokonując dwie konkurentki, oraz zgarniając kolejne CWC, Mores w championach ląduje na drugiej lokacie, za amerykańskim championem, Juka również lokata pierwsza i CWC. Obie dziewczyny wychodzą na porównanie o Zwycięzcę razem z sunią z klasy championów, która wygrywa nie tylko z dziewczynami, ale także całą rasę. Mores i Cookie były także zgłoszone do finałowej konkurencji- Najlepsza Para, jednak ze względu na upał nie miałam
serca psów męczyć kilkugodzinnym czekaniem, dlatego wracamy do Wrocławia, gdzie nocowaliśmy i gdy zrobiło się chłodniej wybraliśmy się poza miasto, standardowo w okolice lotniska :) ot żeby każdy miał coś dla siebie- psy się wyszalały a Boniu popstrykał samoloty :)
W niedzielę wystawiane tylko dziewczyny, tym razem sędzina z Izraela. Sędziowanie bardzo długie a bieganie jak przy wystawianiu owczarków :) jedno kółko za drugim pospieszane nawoływaniem sędziny "with more power, with more power" :) (i tu nauczka dla mnie, nigdy więcej sandałów na wystawę, bo przy każdym zakręcie nogi ślizgały mi się niemiłosiernie ) I tu z czystym sumieniem mogę powiedzieć że Cookie "wybiegała sobie" (w pełnym tego słowa znaczeniu :) ) ponownie lokatę 1/3 i CWC, Juka w klasie otwartej również 1/3 CWC (gdyby nie wymagany odstęp czasu dziewczyny miałyby skończone championaty) i przyszła kolej na siostrzany pojedynek Cookie otrzymuje resCACIB, a Juka CACIB oraz w późniejszym porównaniu zostaje ku mej wielkiej radości Zwycięzcą Rasy oraz rozpoczyna Interchampionat :) Juka po raz kolejny pokazała wspaniałą klasę. Strasznie jestem dumna z dziewczyn, tym bardziej, że to pierwsze bosotny z naszym przydomkiem i nie sądziłam że tak wspaniale będą sobie radziły na ringach.
Niestety nie mogliśmy dopingować Juki na finałach, ponieważ musieliśmy wracać do Poznania- i tu zaczyna się ta "kwaśna" część weekendu, w niedzielę wyjeżdża od nas Marv- czyli nasz BLACKBERRY PIE. Marv będzie mieszkał z nową rodziną w Kaliszu ( w Kaliszu bywamy dość często więc będziemy mieć okazję do spotkań :) ). Mamy nadzieję że w nowym domu da wszystkim tyle radości ile dał nam przez te kilka tygodni. Nas podbił swoim wspaniałym charakterem i jesteśmy pewni, że gdyby nie chwilowe ograniczenia
mieszkaniowe, na pewno został by z nami :) Dostaliśmy już "sprawozdanie" i kilka zdjęć za bardzo dziękujemy i z niecierpliwością czekamy na dalsze wieści jak się maluch rozwija.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Motocykl

Wszystko zaczyna się w 1885, gdy Daimler i Maybach wynaleźli motocykl. Dla mnie zaczyna się ciut później czyli w 1927, gdy rodzi się mój Dziadek, który na dwóch kółkach dla przyjemności i w przeróżnych zawodach zjeździł kawał życia. Motocyklem jeździła również moja Babcia, której zdarzyło się podobno motocyklem wjechać do kawiarni.
Dla mnie przygoda z 2oo zaczęła się gdzieś w połowie podstawówki wraz z przywiezieniem od rodziny spod Warszawy Rometa Ogara 200 z silnikiem o oszałamiającej mocy 2 koni mechanicznych :D
Zdarzyło mi się tą maszyną uderzyć w garaż po czym mam pamiątkę w postaci blizny na dłoni, uciekać przed dzikiem, leśniczym itd. itd. Tak się właśnie zaczęła moja przygoda z motocyklizmem.


Potem było parę lat przerwy, poznaliśmy się z Asią i w garażu pojawiło się wściekle żółte marzenie każdego początkującego motocyklisty czyli Suzuki GS500E. Zaczęły się powoli wspólne przejażdżki, był pierwszy samotny wyjazd na zlot aż pod Żywiec. Jednak po prawie 2 sezonach zaczęło brakować czegoś więcej. I tak pojawiła się rasowa sześćsetka Yamaha FZS600S. Przejechaliśmy nim ponad 40.000km Zaliczyliśmy pierwszy wyjazd zagranicę na MotoGP do Brna. Pojechałem na prawie dwa tygodnie sam do Włoch i Austrii gdzie praktycznie cały czas spędziłem w siodle. Odwiedziliśmy wspólnie Chorwację gdzie się poznaliśmy kilka lat wcześniej. Była też pierwsza i jak dotąd jedyna stłuczka, na szczęście bez większych konsekwencji.

Po 5 sezonach nadszedł jednak czas na zmianę...

...na TDM 900.Nasza aktualna maszyna spod znaku trzech kamertonów. Yamaha robi nie tylko dobre fortepiany, ale i motocykle. Od razu jak go zobaczyłem wiedziałem, że będzie nasz, chociaż początkowo miało być coś bardziej sportowego. Stanęło na TDM dobrym w sam raz, żeby skoczyć po bułki czy przejechać 1000km do Włoch w ciągu jednego dnia :)Jest to na tyle fajny motocykl, że pewnie prędzej zajeździmy silnik i wymienimy na nowy, niż kupimy inny sprzęt.
Aktualnie służy nam w dojazdach do pracy i walce w poznańskich korkach. Nie jest łatwo, ale dajemy radę :) Pali przez to jak smok, ale to też po części wina ciężkiej ręki na manetce ;) W tym roku na pewno motocyklem parę ciekawych miejsc odwiedzimy. Nie może być inaczej.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Spacery i dygresja "socjalizacyjna" :)

Pogoda w końcu zaczyna być lepsza i możemy bezpiecznie zabierać Bebetki na spacer. Lubię pierwsze wyjścia z maluchami, kiedy najpierw ostrożnie tuptają po trawce, niepewnie rozglądając się na boki, żeby po kilku minutach szaleńczo ganiać z resztą, zaczepiając każdy kwiatek i każdy patyczek. Korzystajac z pogody staramy się jak najczęściej zabierać maluchy na bieganie, spacerowanie nowymi trasami, czy na przejażdżki, co by dzieciaki maksymalnie "za młodu" poznały otoczenie.
Wiem jak ciężkie może być życie z płochliwym psem, bo wiele czasu zajęło mi naprawienie braków socjalizacyjnych u Draga. Drago za dzieciaka nie znał terenu poza domem hodowcy, a my słuchając jego rad zamiast zabrać psa na spacer do miasta, chodziliśmy z nim na pola (z dala od ruchu, zgiełku i normalnego życia) żeby pies się wybiegał. Drago był moim pierwszym psem, dlatego chłonęłam to co mówił hodowca, dopiero z czasem okazało się że to nie do końca tak jak być powinno. Kwarantanna sprawiła że spacery odkładaliśmy i odkładaliśmy i wszystko to sprawiło że po przeprowadzce do Poznania pierwsze pół roku było dla niego straszne (Drago miał wówczas ok 1,5roku). Każdy przejazd samochodu, tramwaju wywoływał z nim panikę i chęć ucieczki. Kontakt z windą, odgłosy na klatce, przejazd karetek czy innych sygnałowych i pies chował się w najciemniejsze kąty. Odwrażliwianie zajęło nam niestety sporo czasu i choć nie zmienił się w psa super odważnego i nadal z rezerwą podchodzi do nowych rzeczy to i tak jego zachowanie poprawiło się o 180 stopni.
Dlatego gdy pojawiały się kolejne psiaki i gdy przyszła pora na nasze maluchy wiedziałam ze nie możemy dopuścić do takich braków socjalizacyjnych i skazywać siebie i przyszłych właścicieli na życie z panikarzem. I tak po pierwszym szczepieniu (jako że chwilowo nie jesteśmy posidaczami własnego trawnika) zabieramy dzieciaki na zewnątrz. Najpierw z dorosłymi żeby miały wsparcie "psychiczne", z czasem same dzieciaki, a potem każdego indywidualnie( w zależności od postępów), żeby miały świadomość, że świat nie
jest taki straszny na jaki z początku wygląda. Zabieramy maluchy w miejsca na początku odosobnione z czasem coraz bardziej hałaśliwe, jeździmy samochodem, poznajemy autobusy (plusy mieszkania przy pętli :)) Staramy się żeby dzieciaki były odważne i "zaradne" :) Jak na razie się udaje.
W weekend zabraliśmy Leeloo na zapoznanie ze "stadem" Marty, z którym mała będzie miała bardzo często kontakt i wiecie co? Lilka weszła jak do siebie :) Przywitało ją 6 szalonych borderów, którym mała ledwo wzrostem do pięt dorasta a ona po krótkiej chwili próbowała ganiać z nimi jak gdyby nigdy nic chociaż oczywiście zostawała mocno z  tyłu :) Ot i za to terriery lubię :)
A maluchy już załapały że obróżka = wyjście i grzecznie czekają na ich założenie. I tak zabieramy całą piątkę (w końcu Frania towarzyszy nam na ogólnych spacerach, choć ciągle na L4 z zakazem biegania i tylko na smyczy :( ) na popołudniowe wyjścia, czasami zastanawiam się kto ma z tego więcej frajdy- my czy one :)

piątek, 20 kwietnia 2012

No i po weekendzie :)


No i po weekendzie
Jak to zawsze bywa weekendy mijają zdecydowanie za szybko, a te wystawowe już w szczególności.
W sobotę rano ruszamy na Grudziądz, mgła przeokrutna od rana, z niepokojem patrzymy też w niebo czy nie będzie też padać. Organizacyjnie całkiem dobrze- parking blisko ringów więc odpada problem noszenia rzeczy, rozdzielamy się z dziewczynami i każda rusza pod swój ring. Dzisiaj 13 bostonów zgłoszonych, wszystkie się odliczyły. W końcu przychodzi kolej na nas, Cookie wychodzi w klasie pośredniej z dwiema konkurentkami i pierwsza radość mamy złoto i pierwsze CWC u nas w kraju, czekamy na porównanie z
sunią z klasy otwartej i znowu się udaje - mamy tytuł Zwycięzcy no i ostatnie porównanie z dorosłym psem i sunią- najlepszy juniorem i ku mojemu zaskoczeniu Cookie jest najlepsza w rasie zyskując tytuł BOB !!! Czekając na oceny dziewczyn korzystałyśmy ze słońca, które postanowiło się ujawnić,a Cookie z Kyronem szalały wspólnie, ku uciesze oglądających :) Na finałach rundka honorowa i schodzimy :) Dziewczyny także nie miały szczęścia także zwijamy towarzystwo i ruszamy pod Inowrocław.
Po zameldowaniu my padłyśmy i liczyłyśmy że to samo zrobią psy, zmęczone czekaniem, słońcem i szaleństwami przed ringiem, ale one dalej swoje :) 
Niedzielny poranek przywitał nas deszczem i taka pogoda utrzymywała się przez cały dzień :(  Dojeżdżamy na wystawę i okazuje się że miejsc parkingowych brak a organizator nie przewidział otworzenia chociażby bocznych wejść, wymuszając spacer w coraz mocniej padającym deszczu z psami i klatkami do głównego wejścia. Bostony sędziowane dzisiaj późno, jako pierwszy wchodzi Kyron, nam udało się w tym czasie schować w namiocie znajomych (dziękujemy :) ). Dach na głową szybko sie skończył więc Cookie opatulona w swoim śpiworku śpi w klatce, ja w oczekiwaniu na ocenę moknę :) W końcu przed 12 przyszła kolej na bostony. Ja po prawie całkowitym przemoczeniu straciłam jakikolwiek zapał do biegania, Cookie po wyjściu z klatki zresztą też :) Sędziowanie właściwie w biegu, sędzina już przemoknięta, psy po krótkim staniu w deszczu i na wietrze trzęsą się niemiłosiernie (dla tych co nie wiedzą bosotny to wybitnie ciepłoluby). Cookie "wytrząsła" CWC i w porównaniu z suczką z klasy otwartej została Zwycięzca w sukach, dzisiaj  BOB zgodnie z przewidywaniami bierze sunia z młodzieży. Mamy upragnione CWC, odbieramy kartę z oceną i biegusiem pod ring hovków i przy okazji ratujemy się namiotem dobrych
ludzi (znów dziękujemy :) ). Przed nami oczekiwanie na finały z Kyronem. Na szczęście mamy czas żeby schować się w samochodzie a z pomocą i rozgrzaniem przychodzi Caffe Latte by Mc :) W końcu przychodzi czas na finały, na szczęście sędziowie zdali sobie sprawę i błyskawicznie oceniali psy na ringach, Kyron niestety na finałach nic nie powalczył.
Ruszamy na Poznań, psy dziś zziębnięte i wymęczone padły w samochodzie. W końcu jesteśmy w domu i można przemoknięte ubranie zamienić na dres i kocyk i uraczyć się ciepłą herbatą. Bebetków nie widziałam przez dwa dni i nagle jakieś takie duże się wydają :) Cookie po powitalnym szaleństwie melduje się z pozostałymi pod kocem, nie ma to jak w domu na własnej kanapie :)