Pogoda w końcu zaczyna być lepsza i możemy bezpiecznie zabierać Bebetki na spacer. Lubię pierwsze wyjścia z maluchami, kiedy najpierw ostrożnie tuptają po trawce, niepewnie rozglądając się na boki, żeby po kilku minutach szaleńczo ganiać z resztą, zaczepiając każdy kwiatek i każdy patyczek. Korzystajac z pogody staramy się jak najczęściej zabierać maluchy na bieganie, spacerowanie nowymi trasami, czy na przejażdżki, co by dzieciaki maksymalnie "za młodu" poznały otoczenie.
Wiem jak ciężkie może być życie z płochliwym psem, bo wiele czasu zajęło mi naprawienie braków socjalizacyjnych u Draga. Drago za dzieciaka nie znał terenu poza domem hodowcy, a my słuchając jego rad zamiast zabrać psa na spacer do miasta, chodziliśmy z nim na pola (z dala od ruchu, zgiełku i normalnego życia) żeby pies się wybiegał. Drago był moim pierwszym psem, dlatego chłonęłam to co mówił hodowca, dopiero z czasem okazało się że to nie do końca tak jak być powinno. Kwarantanna sprawiła że spacery odkładaliśmy i odkładaliśmy i wszystko to sprawiło że po przeprowadzce do Poznania pierwsze pół roku było dla niego straszne (Drago miał wówczas ok 1,5roku). Każdy przejazd samochodu, tramwaju wywoływał z nim panikę i chęć ucieczki. Kontakt z windą, odgłosy na klatce, przejazd karetek czy innych sygnałowych i pies chował się w najciemniejsze kąty. Odwrażliwianie zajęło nam niestety sporo czasu i choć nie zmienił się w psa super odważnego i nadal z rezerwą podchodzi do nowych rzeczy to i tak jego zachowanie poprawiło się o 180 stopni.Dlatego gdy pojawiały się kolejne psiaki i gdy przyszła pora na nasze maluchy wiedziałam ze nie możemy dopuścić do takich braków socjalizacyjnych i skazywać siebie i przyszłych właścicieli na życie z panikarzem. I tak po pierwszym szczepieniu (jako że chwilowo nie jesteśmy posidaczami własnego trawnika) zabieramy dzieciaki na zewnątrz. Najpierw z dorosłymi żeby miały wsparcie "psychiczne", z czasem same dzieciaki, a potem każdego indywidualnie( w zależności od postępów), żeby miały świadomość, że świat nie
jest taki straszny na jaki z początku wygląda. Zabieramy maluchy w miejsca na początku odosobnione z czasem coraz bardziej hałaśliwe, jeździmy samochodem, poznajemy autobusy (plusy mieszkania przy pętli :)) Staramy się żeby dzieciaki były odważne i "zaradne" :) Jak na razie się udaje.
W weekend zabraliśmy Leeloo na zapoznanie ze "stadem" Marty, z którym mała będzie miała bardzo często kontakt i wiecie co? Lilka weszła jak do siebie :) Przywitało ją 6 szalonych borderów, którym mała ledwo wzrostem do pięt dorasta a ona po krótkiej chwili próbowała ganiać z nimi jak gdyby nigdy nic chociaż oczywiście zostawała mocno z tyłu :) Ot i za to terriery lubię :) A maluchy już załapały że obróżka = wyjście i grzecznie czekają na ich założenie. I tak zabieramy całą piątkę (w końcu Frania towarzyszy nam na ogólnych spacerach, choć ciągle na L4 z zakazem biegania i tylko na smyczy :( ) na popołudniowe wyjścia, czasami zastanawiam się kto ma z tego więcej frajdy- my czy one :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz