wtorek, 24 kwietnia 2012

Motocykl

Wszystko zaczyna się w 1885, gdy Daimler i Maybach wynaleźli motocykl. Dla mnie zaczyna się ciut później czyli w 1927, gdy rodzi się mój Dziadek, który na dwóch kółkach dla przyjemności i w przeróżnych zawodach zjeździł kawał życia. Motocyklem jeździła również moja Babcia, której zdarzyło się podobno motocyklem wjechać do kawiarni.
Dla mnie przygoda z 2oo zaczęła się gdzieś w połowie podstawówki wraz z przywiezieniem od rodziny spod Warszawy Rometa Ogara 200 z silnikiem o oszałamiającej mocy 2 koni mechanicznych :D
Zdarzyło mi się tą maszyną uderzyć w garaż po czym mam pamiątkę w postaci blizny na dłoni, uciekać przed dzikiem, leśniczym itd. itd. Tak się właśnie zaczęła moja przygoda z motocyklizmem.


Potem było parę lat przerwy, poznaliśmy się z Asią i w garażu pojawiło się wściekle żółte marzenie każdego początkującego motocyklisty czyli Suzuki GS500E. Zaczęły się powoli wspólne przejażdżki, był pierwszy samotny wyjazd na zlot aż pod Żywiec. Jednak po prawie 2 sezonach zaczęło brakować czegoś więcej. I tak pojawiła się rasowa sześćsetka Yamaha FZS600S. Przejechaliśmy nim ponad 40.000km Zaliczyliśmy pierwszy wyjazd zagranicę na MotoGP do Brna. Pojechałem na prawie dwa tygodnie sam do Włoch i Austrii gdzie praktycznie cały czas spędziłem w siodle. Odwiedziliśmy wspólnie Chorwację gdzie się poznaliśmy kilka lat wcześniej. Była też pierwsza i jak dotąd jedyna stłuczka, na szczęście bez większych konsekwencji.

Po 5 sezonach nadszedł jednak czas na zmianę...

...na TDM 900.Nasza aktualna maszyna spod znaku trzech kamertonów. Yamaha robi nie tylko dobre fortepiany, ale i motocykle. Od razu jak go zobaczyłem wiedziałem, że będzie nasz, chociaż początkowo miało być coś bardziej sportowego. Stanęło na TDM dobrym w sam raz, żeby skoczyć po bułki czy przejechać 1000km do Włoch w ciągu jednego dnia :)Jest to na tyle fajny motocykl, że pewnie prędzej zajeździmy silnik i wymienimy na nowy, niż kupimy inny sprzęt.
Aktualnie służy nam w dojazdach do pracy i walce w poznańskich korkach. Nie jest łatwo, ale dajemy radę :) Pali przez to jak smok, ale to też po części wina ciężkiej ręki na manetce ;) W tym roku na pewno motocyklem parę ciekawych miejsc odwiedzimy. Nie może być inaczej.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Spacery i dygresja "socjalizacyjna" :)

Pogoda w końcu zaczyna być lepsza i możemy bezpiecznie zabierać Bebetki na spacer. Lubię pierwsze wyjścia z maluchami, kiedy najpierw ostrożnie tuptają po trawce, niepewnie rozglądając się na boki, żeby po kilku minutach szaleńczo ganiać z resztą, zaczepiając każdy kwiatek i każdy patyczek. Korzystajac z pogody staramy się jak najczęściej zabierać maluchy na bieganie, spacerowanie nowymi trasami, czy na przejażdżki, co by dzieciaki maksymalnie "za młodu" poznały otoczenie.
Wiem jak ciężkie może być życie z płochliwym psem, bo wiele czasu zajęło mi naprawienie braków socjalizacyjnych u Draga. Drago za dzieciaka nie znał terenu poza domem hodowcy, a my słuchając jego rad zamiast zabrać psa na spacer do miasta, chodziliśmy z nim na pola (z dala od ruchu, zgiełku i normalnego życia) żeby pies się wybiegał. Drago był moim pierwszym psem, dlatego chłonęłam to co mówił hodowca, dopiero z czasem okazało się że to nie do końca tak jak być powinno. Kwarantanna sprawiła że spacery odkładaliśmy i odkładaliśmy i wszystko to sprawiło że po przeprowadzce do Poznania pierwsze pół roku było dla niego straszne (Drago miał wówczas ok 1,5roku). Każdy przejazd samochodu, tramwaju wywoływał z nim panikę i chęć ucieczki. Kontakt z windą, odgłosy na klatce, przejazd karetek czy innych sygnałowych i pies chował się w najciemniejsze kąty. Odwrażliwianie zajęło nam niestety sporo czasu i choć nie zmienił się w psa super odważnego i nadal z rezerwą podchodzi do nowych rzeczy to i tak jego zachowanie poprawiło się o 180 stopni.
Dlatego gdy pojawiały się kolejne psiaki i gdy przyszła pora na nasze maluchy wiedziałam ze nie możemy dopuścić do takich braków socjalizacyjnych i skazywać siebie i przyszłych właścicieli na życie z panikarzem. I tak po pierwszym szczepieniu (jako że chwilowo nie jesteśmy posidaczami własnego trawnika) zabieramy dzieciaki na zewnątrz. Najpierw z dorosłymi żeby miały wsparcie "psychiczne", z czasem same dzieciaki, a potem każdego indywidualnie( w zależności od postępów), żeby miały świadomość, że świat nie
jest taki straszny na jaki z początku wygląda. Zabieramy maluchy w miejsca na początku odosobnione z czasem coraz bardziej hałaśliwe, jeździmy samochodem, poznajemy autobusy (plusy mieszkania przy pętli :)) Staramy się żeby dzieciaki były odważne i "zaradne" :) Jak na razie się udaje.
W weekend zabraliśmy Leeloo na zapoznanie ze "stadem" Marty, z którym mała będzie miała bardzo często kontakt i wiecie co? Lilka weszła jak do siebie :) Przywitało ją 6 szalonych borderów, którym mała ledwo wzrostem do pięt dorasta a ona po krótkiej chwili próbowała ganiać z nimi jak gdyby nigdy nic chociaż oczywiście zostawała mocno z  tyłu :) Ot i za to terriery lubię :)
A maluchy już załapały że obróżka = wyjście i grzecznie czekają na ich założenie. I tak zabieramy całą piątkę (w końcu Frania towarzyszy nam na ogólnych spacerach, choć ciągle na L4 z zakazem biegania i tylko na smyczy :( ) na popołudniowe wyjścia, czasami zastanawiam się kto ma z tego więcej frajdy- my czy one :)

piątek, 20 kwietnia 2012

No i po weekendzie :)


No i po weekendzie
Jak to zawsze bywa weekendy mijają zdecydowanie za szybko, a te wystawowe już w szczególności.
W sobotę rano ruszamy na Grudziądz, mgła przeokrutna od rana, z niepokojem patrzymy też w niebo czy nie będzie też padać. Organizacyjnie całkiem dobrze- parking blisko ringów więc odpada problem noszenia rzeczy, rozdzielamy się z dziewczynami i każda rusza pod swój ring. Dzisiaj 13 bostonów zgłoszonych, wszystkie się odliczyły. W końcu przychodzi kolej na nas, Cookie wychodzi w klasie pośredniej z dwiema konkurentkami i pierwsza radość mamy złoto i pierwsze CWC u nas w kraju, czekamy na porównanie z
sunią z klasy otwartej i znowu się udaje - mamy tytuł Zwycięzcy no i ostatnie porównanie z dorosłym psem i sunią- najlepszy juniorem i ku mojemu zaskoczeniu Cookie jest najlepsza w rasie zyskując tytuł BOB !!! Czekając na oceny dziewczyn korzystałyśmy ze słońca, które postanowiło się ujawnić,a Cookie z Kyronem szalały wspólnie, ku uciesze oglądających :) Na finałach rundka honorowa i schodzimy :) Dziewczyny także nie miały szczęścia także zwijamy towarzystwo i ruszamy pod Inowrocław.
Po zameldowaniu my padłyśmy i liczyłyśmy że to samo zrobią psy, zmęczone czekaniem, słońcem i szaleństwami przed ringiem, ale one dalej swoje :) 
Niedzielny poranek przywitał nas deszczem i taka pogoda utrzymywała się przez cały dzień :(  Dojeżdżamy na wystawę i okazuje się że miejsc parkingowych brak a organizator nie przewidział otworzenia chociażby bocznych wejść, wymuszając spacer w coraz mocniej padającym deszczu z psami i klatkami do głównego wejścia. Bostony sędziowane dzisiaj późno, jako pierwszy wchodzi Kyron, nam udało się w tym czasie schować w namiocie znajomych (dziękujemy :) ). Dach na głową szybko sie skończył więc Cookie opatulona w swoim śpiworku śpi w klatce, ja w oczekiwaniu na ocenę moknę :) W końcu przed 12 przyszła kolej na bostony. Ja po prawie całkowitym przemoczeniu straciłam jakikolwiek zapał do biegania, Cookie po wyjściu z klatki zresztą też :) Sędziowanie właściwie w biegu, sędzina już przemoknięta, psy po krótkim staniu w deszczu i na wietrze trzęsą się niemiłosiernie (dla tych co nie wiedzą bosotny to wybitnie ciepłoluby). Cookie "wytrząsła" CWC i w porównaniu z suczką z klasy otwartej została Zwycięzca w sukach, dzisiaj  BOB zgodnie z przewidywaniami bierze sunia z młodzieży. Mamy upragnione CWC, odbieramy kartę z oceną i biegusiem pod ring hovków i przy okazji ratujemy się namiotem dobrych
ludzi (znów dziękujemy :) ). Przed nami oczekiwanie na finały z Kyronem. Na szczęście mamy czas żeby schować się w samochodzie a z pomocą i rozgrzaniem przychodzi Caffe Latte by Mc :) W końcu przychodzi czas na finały, na szczęście sędziowie zdali sobie sprawę i błyskawicznie oceniali psy na ringach, Kyron niestety na finałach nic nie powalczył.
Ruszamy na Poznań, psy dziś zziębnięte i wymęczone padły w samochodzie. W końcu jesteśmy w domu i można przemoknięte ubranie zamienić na dres i kocyk i uraczyć się ciepłą herbatą. Bebetków nie widziałam przez dwa dni i nagle jakieś takie duże się wydają :) Cookie po powitalnym szaleństwie melduje się z pozostałymi pod kocem, nie ma to jak w domu na własnej kanapie :)

piątek, 13 kwietnia 2012

Weekendowo, wystawowo :)

Pakowanie, szykowanie.....
I kolejny weekend wystawowy przed nami po ostatnich występach na Litwie, pora pokazać się "za dorosłego" w kraju :) Przed nami maraton - Grudziądz i Inowrocław.
Mimo, że na wystawach jesteśmy dość regularnie, zawsze na dzień przed przy pakowaniu dopada mnie ten sam dreszczyk emocji i te  same nerwy :) Muffinki upieczone, Cookie już "wyprana"standardowo szaleje z resztą ganiając z ręcznikiem (to taka nasza zabawa uprzyjemniająca, dzięki czemu psy wiedzą że kąpiel nie jest "be" i zawsze sie potem można poszarpać ręcznikiem i przez to same wskakują do wanny na hasło idziemy się kąpać :) i w ten także sposób niestety kilka razy wpakowały się do wanny w której przygotowywałam kąpiel dla siebie :) ) a koty upierdliwe ładują się do torby urządzając sobie z niej fort do szturmowania, wywalając co chwilę poskładane już ubrania. Lucjan oczywiście nie odpuści żadnej reklamówce przez co pakowanie zamiast standardowych 10 minut trwa dwa razy tyle. Jeszcze raz przegląd czy wszystko spakowane dokumenty, książeczka, zgłoszenie, ringówka, smaki, i jeszcze raz rzut okiem czy aby na pewno wszystko i jeszcze raz tak tylko kontrolnie, i w końcu Booooniuuuuuu ! zobacz czy wszystko spakowałam? Tak dla pewności :)
Tym razem Boniek zostaje z resztą bandy a ja ruszam na babski wyjazd :) i zabieramy się z hovawartem i cattle dogiem Kyronem - z którym Cookie pałają do siebie miłością dziwną :) Ot taka kokietka z niej tu pozachęca, tu popodrywa, a niech tylko chłop spróbuje na zaloty odpowiedzieć to Cookie przypomni mu, ze wolno patrzeć, ale nie dotykać:) A jak biedak straci zainteresowanie to się Cookie znów zacznie wdzięczyć ot i tak w kółko. Ale co by nie było, na wystawach Cookie za cattle dogami namiętnie się rozgląda, a i Kyron ponoć na spacerach wyszukuje czarno-białych płaskich :)
Jeszcze tylko rano uszykować klatkę (psy skojarzyły sobie klatkę z wyjazdami, jako że w domu z nich nie korzystamy, a że uwielbiają jeździć, to na widok klatki tak się ekscytują, że można zapomnieć o położeniu się spać, czy robieniu czegokolwiek bo wszystkie tuptają krok w krok za nami, żeby czasem o nich nie zapomnieć :) ) kawka w termos, po raz kolejny rzut oka czy aby na pewno wszystko spakowane i można ruszać. Ehh przyjemnie będzie znowu zobaczyć się ze znajomymi i pooglądać bostony, a patrząc na ilość
zgłoszeń, będzie pewnie na czym oko zawiesić
Także komu w drogę, temu.... do łóżka bo rano wcześnie pobudka :)

niedziela, 8 kwietnia 2012

Świąteczny relaks

Czyli byczymy się korzystając z wolnego.
Liczyliśmy na fajną pogodę, żeby zabrać cały gang za miasto, a tu zrobiło się zimno, wiatr przeokrutny i bostony zastrajkowały na porannym spacerze. Skoro nie, to bawimy się w domu, Frania odpoczywa po zabiegu a my wszyscy byczymy się z nią na kanapie póki mamy okazję.W końcu w Święta oprócz "świętowania" trzeba też poleniuchować
Wesołych Świąt wszystkim :)
(Leeloo z Cookie na przedzie, za nimi Frania, a w tle Mores i Bluberry Pie- zdjęcie sprzed kilku dni, ale poza innym rozłożeniem codziennie wygląda to tak samo :) )

środa, 4 kwietnia 2012

Luty 2012- Leeloo

Leeloo - Nefre (FCI) BLUEBERRY MUFFIN- czyli dziecię z ostatniego miotu. Ci co śledzą uważnie (jeśli są już tacy) zaraz zauważą że we wcześniejszym poście pisałam, że uzgodniliśmy - póki co czwarty pies nie wchodzi w grę.
No cóż nie mam nic na swoje usprawiedliwienie (Michał zresztą też nie) :) Czasami po prostu pewnych okazji nie można nie wykorzystać :)
Jeśli chodzi o Liliankę to bardzo liczymy na jej sportową karierę, a to za sprawą jej współwłaścicielki- Marty :)
 Ale co z tego wyniknie zobaczymy z biegiem czasu jak mała zacznie dorastać i w czym będzie czuła się najlepiej :)

Luty 2012 - Bebetki

Minęło prawie 1,5 roku od ostatniego szczeniakowego rozgardiaszu i przyszła kolej na drugi miot.
Poszukiwania kawalera tak jak poprzednio zajęły nam duuuuużo czasu. W końcu zdecydowaliśmy się na amerykańskiego psa, mieszkające w niemieckiej hodowli Hessen Villa.Tym psem był - Kashmere's ICING ON THE CAKE - "Jackson".  Pies co najważniejsze dla mnie przebadany i po przebadanych rodzicach, bardzo utytułowany młody, świetnie się zapowiadający pies. Tym razem jechaliśmy w okolice Frankfurtu nad Menem. Poznaliśmy wspaniałych ludzi, ich psy, a mnie zaświeciły się oczy na widok 6 tygodniowych dzieci Jacksona, które były w hodowli :) Dla mnie frajda z poznania ludzi i kolejnych bostonów, dla Michała jeszcze większa radość.... z wizyty na jednym z największych lotnisk w Europie.
(I tu nastąpi mała dygresja - bo o czym nie napisałam wcześniej Michał oprócz motocykli ma jeszcze fioła na punkcie samolotów i z zamiłowania jest spotterem i to "nawiedzonym" :) bo jak inaczej nazwać kogoś kto przez 2 godziny stoi w ulewie i na wietrze żeby robić zdjęcia samolotom? Ale przysięgałam "w zdrowiu i chorobie"- a to jest jego choroba :) ) Także wyjazd obopólnie udany, a co z Franią? Tak jak wcześniej przez długo długo żadnych objawów, w końcu jedziemy na USG, znowu skręca mnie w żołądku przed
wejściem do gabinetu (a Frania jak zwykle na luzie melduje się pod szafką ze smakołykami) Przykładamy głowice i są pęcherzyki :):)
Frania jak to Frania całą ciążę znowu w biegu, aż do 11 lutego kiedy na świecie pojawia się 3 maluchy (miła odmiana po 7 :) ) Mamy dwóch chłopaków i jedną dziewczynkę. Pierwsze spojrzenie - jest chłopak pręgowany a ja jakoś tak mam słabość do pręgusów (mimo że żadnego nie posiadam :) jeszcze..... ). I szybka myśl przelatuje przez głowę a może zostawimy chłopaka? Michałowi nie ośmielam się tego powiedzieć, w końcu uzgodniliśmy że na razie czwarty pies nie wchodzi w grę.
Pierwsza doba za nami i pierwsze nerwy, Frania ciągle słabiutka, jeden chłopak słabiutki. Wzmacniamy Franię jak się da, odciążamy jak możemy- tu z pomocą przychodzi Cookie, której żadne siły nie są
w stanie wypędzić z kojca, za to przejęła obowiązki Frani w kwestii mycia i sprzątania. Mijają kolejne doby Frania bardzo powoli dochodzi do siebie, a nasz najmniejszy bąbelek, no cóż.... Nie sądziłam, że tak szybko będę musiała stanąć przed taką decyzją i że czarne oblicze hodowli dotknie nas tak szybko. Bo jak inaczej można nazwać podjęcie decyzji o eutanazji takiego malucha? Walczyliśmy o niego trochę ponad 2 tygodnie, odkładając tą decyzję co chwila, licząc że może się uda, że może mały w końcu się przełamie, jak jednak pokazała sekcja nie było na to szans. Kosztowało nas to wiele nieprzespanych nocy, jeszcze więcej nerwów, łez na koniec i choć sekcja nie pozostawiała złudzeń, wcale nie sprawiło to, że łatwiej jest nam się z tym uporać. Utrata szczeniaka jest bardzo bolesna i niestety dotyka dużego grona hodowców, choć niewiele osób głośno o tym mówi.


Po smutnym początku w końcu zaczęliśmy wychodzić na prostą. Frania stanęła na nogi i znów jest ciągle w biegu, a nasze maluchy rosną i broją coraz bardziej :)
Jak pisałam przy "A" dzieciakach szukamy motywów łączących dzieci z danego miotu. I jeszcze zanim pierwsze dzieci pojawiły sie na świecie oznajmiłam że jak będzie miot na  "B" to musi być Bluberry Muffin ot taka moja fanaberia. A skoro jedno imię wybrane to o miot w takim razie mamy na słodko.
A zatem przedstawiamy dziewczynkę- BLUEBERRY MUFFIN i chłopca BLACKBERRY PIE i nasze maleństwo choć długo na świecie nie był imię i tak dostał- BON BON.
Co o tych maluchach? Za wiele na razie powiedzieć nie można bo jeszcze są z nami- dziewczynka na stałe, chłopak czeka na kochający dom :) I tak o to w telegraficznym skrócie nadgoniliśmy ostatnie lata :)

wtorek, 3 kwietnia 2012

Wrzesień 2011 - Lucjan

Lucjan ( zakała rodziny :) cytując kabaret Ani Mru Mru ) Trafił pod naszą opieką w wieku 4 tyg - czarny diabeł.  Historia jak w przypadku koty (nie)stety się powtórzyła. Coś jest w tym małym szatanie, co sprawia że i my i nasze psy kochamy go ponad życie. A Lucjan (zakała rodziny)  święcie przekonany że jest bostonem, przejął w pełni ich zachowania tworząc razem z Cookie duet szturmowo-destrukcyjny :)
Z jednej strony przekochany kot, strasznie przymilny, przychodzi na każde zawołanie, ciągle rozmruczany ( tu mój ulubiony tekst od Michała- Lucjan nie mrucz do mnie jak na ciebie krzyczę ! ) i wszędzie ale to wszędzie wtyka swój czarny nos. Nic nie można zrobić bez jego wiedzy większego upierdliwca na świecie nie ma ! W tej całej "rozkoszności" jest wyjątkowo nieporadny i niczym słoń w składzie porcelany, ciągle mu coś nie wychodzi, skądś spada, coś zrzuca - ot Lucjan zakała rodziny i już :) 

A najgorsze jest to, że po wszystkim zapoda "baranka" (tu kociarze wiedzą o co chodzi) pomruczy, udepcze łapkami kolana i położy się jak gdyby nigdy nic "kołami do góry"  i jak tu się gniewać na niego? A i jeszcze jedna wada- jest czarny przez co na zdjęciach wychodzi jak plama :)

Wrzesień 2010 - Cookie


Cookie - Nefre (FCI) A KIND OF MAGIC - mała, którą zostawiliśmy z pierwszego miotu. Sunia do rany przyłóż :) Kochająca wszystko i wszystkich. Niezwykle skupiona w pracy - po mamusi biega w agility, nie schodząca z kolan w domu.
O takie nasze ciasteczko. Trochę pyskate gdy na chwilę się o niej zapomni :) Ma w tych oczach coś takiego co przyciąga i hipnotyzuje ludzi :) Jeśli chodzi o wystawy - nie spodziewałam się, że mała pokaże taką klasę, tym bardziej że to pierwsze dziecię w którym widnieję jako hodowca i właściciel w jednym. Mała ma na koncie Mł Ch Pl i Mł Ch Sk, tytuł Vilnius Cup Winner i otwarte drzwi do championatów Czech, Litwy i Interchampionatu, teraz spróbujemy naszych sił na ringach polskich. A pomiędzy wystawami wracamy na tor agility jak tylko pogoda dopisze :) bo to jest to, co bostony (bynajmniej moje) lubią najbardziej.


Wrzesień 2010 - pierwsze Nefreciaki

Miot "A" - nasze pierwsze wyczekane maluchy. Najpierw wszystkie badania, aby mieć pewność że Frania nie przekaże wad dzieciakom, dłuuuugie wybieranie reproduktora i potem oczekiwanie na cieczkę.
Na pierwszego "ojca" wybraliśmy amerykańskiego psa mieszkającego w niemieckiej hodowli Victory Lane- To Sa's WALKER TO VICTORY LANE aka Walker. Termin wyliczony, wszystko zaklepane, ruszamy "niecałe" 900 km dla mnie duży stres, Frania jak to Frania z brzuchem do góry drzemie na tylnej kanapie.
Na miejscu - przesympatyczni ludzie, wspaniałe psy oj chciałoby się że ta wyprawa była owocna.
Następnego dnia wracamy i wieczorem Frania po raz pierwszy w życiu odmawia posiłku. Michał optymistycznie oznajmia- widzisz zaciążyła :) Ja: A gdzie tam po kilku godzinach możesz wiedzieć, Michał upierał się że zaszła i wiecie co...po kilkudziesięciu dniach okazało się że miał rację :) Pierwsze USG i widać pęcherzyki - piękny widok a i wydruk do tej pory wisi na honorowym miejscu na lodówce :D
A Frania jak to Frania nic sobie z ciąży nie robi biega, lata skacze i nie zwalnia tempa- no bo po co, przyprawiając mnie tym o stan zawałowy.


Brzuch rośnie, gdy kładziemy na nim rękę czuć jak się wiercą, a Frania..... ciągle w biegu. Aż do 14 września.
Oto są i to w jakiej ilości ! Siedem ! Do tej pory gdy o tym myślę dreszcz przebiega mi po plecach. 5 dziewczyn i 2 chłopaków. Małe 200 gramowe bejbiki i jedna kruszynka 99 gram. I tu moja pierwsza obawa- czy da radę, ale od samego początku maleństwo potrafiło upomnieć się o cycucha.
Czas szybko mija, maluchy rozbiegają się po domu a my za nimi z mopem :)
Zanim jeszcze planowaliśmy dzieciaki zawsze chciałam aby każdy miot coś łączyło- żeby był jakiś motyw przewodni. I tak miot "A" padło na piosenki.
Pierwsza sunia- "A WOMEN IN LOVE" po domowemu Frajda. Mała nie wystawiana zgodnie z moimi zaleceniami :) Mieszka w Polsce jako ulubienica (mam nadzieję :) ) domu. I choć na krótko straciliśmy kontakt na szczęście udało się go odyskać i mam nadziję że tak pozostanie.
Sunia druga "ALWAYS ON MY MIND" - Juka. Po zmianie właściciela obecnie mieszka u mojej dobrej znajomej pod Poznaniem z dwiema bostonowymi przyjaciólkami. Jednocześnie pokazała wielką klasę na wystawach udowadniając niektórym, że ciut za szybko się poddali. Zdobyła Mł Ch, rozpoczęła dorosły Ch i stanęło dwukrotnie na "pudle" BIS i Bis Junior a takze BOG na wystawie międzynarodowej w Poznaniu.
Sunia trzecia - A GROOVY KIND OF LOVE - Hippa- wyjechała do Finlandi. Mieszka z drugą bostonką Hestia, a my regularnie dostajemy zdjęcia dziewczyn, za co bardzo dziękujemy.
Sunia czwarta- A KIND OF MAGIC- "Cookie" sunia, która została z nami- więcej o niej później.
Sunia piąta AMERICAN WOMAN - Ellie -mieszka w Niemczach. Dla nas zawsze pozostanie "Bubą"- z charakteru kopia Freśki, dlatego pewnie była ulubienicą Michała i chyba z nią najciężej było jemu się rozstać. Ellie zawładnęła sercem właścicieli przez swój cudny charakter - nie powiem żebym była tym faktem zdziwiona :)
Chłopak pierwszy - ALL YOU NEED IS LOVE- "Hammer" mieszka tuż pod nosem bo także w Poznaniu.
Z mlekiem matki wyciągnął zamiłowanie do sportu i razem z nami trenuje frisbee, złoty i srebrny medalista :) I nasz towarzysz spacerowy :)
Chłopak drugi - ADDICTED TO LOVE- "Harry" mieszka w Krakowie. Wystawiany za młodu, chwilowo (mam nadzieję) ma przerwę :) Ukochany jedynak :)
I tak nam się dzieciaki porozjeżdżały. W domu nagle z rogardiaszu zrobiło się ciszej (i nie trzeba patrzeć pod nogi jak się chodzi) ale jakos tak smutniej, ale cieszy nas to, że ze wszystkimi dzieciakami mamy kontakt i że nowi własciciele kochają maluchy ( no moze już nie maluchy) tak samo jak my.
A Frania przez cały czas ciągle w biegu, karmiła zawsze z zabawką w pysku a po karmieniu wymyła dzieciaki i czekała tylko aż ktoś wejdzie do kojca- czy to Mores czy Kota czy my i wtedy zabawka w zęby i sruuu do zabawy :) A całe wychowanie spadło na Moresa i tak na prawdę to on uczył dzieciaki kultury :) i że dorosłego trzeba uszanować :)

Październik 2009- Panna Kota

Panna Kota- czyli pierwszy miauczący sierściuch mieszkający już z nami.
Podczas mojej pracy w lecznicy dość często braliśmy na tak zwany "tymczas" małe kociaki wymagające pomocy. Od kilku dniowych osesków, po kilkumiesięczne maluchy. Części niestety nie udało się uratować, inne odchowane trafiały do nowych domów, do czasu Koty.

Mała trafiła do nas w wieku ok 2 miesięcy w październiku 2009 r. Standardowo nie nadawaliśmy imienia, aby nie "zapeszać" ani nie przywiązywać się wzajemnie. Jednak mała miała w sobie coś takiego, co sprawiło, że nawet nie staraliśmy się szukać dla niej domu :)  I tak tygodnie mijały mała coraz bardziej wpasowała się w psy i tak mimowolnie została naszym kotem. A że imienia do tej pory nie było została po prostu Kotą.


Jak na kota jest bardzo poukładana, nie licząc drapaka typowo naziemna i niewiele rzeczy jest w stanie zrobić na niej wrażenie- w końcu przeszła chrzest z dwoma terrierami. Za młodu ulubienica Frani, z wiekiem zakochała się w Moresie. Bardzo uczuciowa i otwarta na innych, jedyny minus- rozpycha się w łóżku.

Luty 2009 - Freyka



Freyka - ODDIBE od Kopce Zebina - nasza pierwsza bostonowa sunia.
Oj Freyka, Frania, Franeczka. Żywioł nie pies :) Tu natura terriera wzięła górę, na początku Franca, z wiekiem ukochana Franeczka- ulubienica Michała :) Z jednej strony niby niezależna, z drugiej musi mieć kogoś z nas obok, albo przynajmniej na widoku.
Jest w ciągłym biegu, zawsze z aportem i jeden gest wystarczy żeby była gotowa do pracy. To przez nią zainteresowałam się psimi sportami i on jako pierwsza zaczęła ćwiczyć frisbee, potem także agility i pociągnęła za sobą resztę stada. Bardzo nakręcona na pracę przez co bywa niedokładna, ale pracujemy nad tym :)

Frania także brała udział w wystawach i chociaż uważa je za zdecydowaną stratę czasu (zawsze tupta w miejscu w oczekiwaniu na akcję bo ile można wykonywać komendę "stój") spisywała się bardzo dobrze zyskując BIS Baby II , Mł Ch Pl, Mł Zw Klubu, Ch Pl i Ch Sk, rozpoczęła także starania o Interchampiona. Czy będzie jeszcze wystawiana- tego nie wiem na obecna chwilę nie bierzemy tego pod uwagę. Skoro bardziej kręci ją sport- sportem głównie będziemy się zajmować.

Frania to także oficjalna założycielka naszej hodowli "Nefre (FCI)" i mama naszych dwóch pierwszych miotów "A" i "B" ale o tym później.

o zdjęcia w statyce w jej wypadku ciężko :)

Lipiec 2006- Mores

"Mores" - UNCLE BOSTON Krasna Fanfara - nasz pierwszy boston terrier.
Po prawie dwóch latach poszukiwań i oczekiwania w lipcu 2006 roku w końcu przywieźliśmy naszego pierwszego bostona. Takie to to było małe i niepozorne :) A teraz.... no cóż kawał chłopa z niego wyrósł ale charakter wciąż dziecięcy- jak to facet (bez urazy Panowie).
Mores jest typowym maminsynkiem- moja wina przyznaję się bez bicia :). To pies o dwóch osobowościach- w domu myśliciel i filozof, trzy razy zastanowi się zanim coś zrobi, na dworze - wulkan energii,zawsze w biegu, zawsze chętny do zabawy.

Z Moresem także próbowaliśmy swoich sił w wystawach, a efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Pies marzenie, dla kogoś kto dopiero zaczyna swoją "prawdziwą" przygodę z kynologią i całym "show"biznesem. W niecały tydzień ukończył Mł Ch, zdobył Mł Zw Klubu, a że apetyt rośnie w miarę jedzenia był tytu,ł Ch Pl, Ch Sk, Zw Europy Śr i Wschodniej, Zw Polski -udało się raz, a potem jeszcze dwa kolejne :) i wymarzony tytuł Interchampiona.


Mores doczekał się także gromadki dzieci, które z dumą idą w ślady ojca, a także wnuków i prawnuków. Jest typowym czyściochem i ciepłolubem- spanie tylko pod kołdrą lub kocem, a najlepiej koło mnie, na spacerach omija każdą kałużę, błoto i inne nieprzyjemne pozostałości po wszelkich zjawiskach pogodowych, ot typowy arystokrata. Jak to Michał powtarza prawdziwy francuzik (linia strony ojca :) ). Taki nasz największy
"upierdliwiec" - zawsze musi być w centrum zainteresowania.

Lipiec 2003 - Drago

"Drago" - Vero z Tureckich Stoków- golden retriever- mój pierwszy pies. Pojawił się w 2003 roku i to on wciągnął mnie w cały kynologiczny świat.
Pies o typowym charakterze goldena, kochający cały świat, z pasją (dla mnie niestety) tropiciela- książkowy golden i z przykrością stwierdzam, że takich już niestety nie robią. A popularność nie przyniosła rasie nic dobrego, ale to nie na teraz.

Drago dwa razy brał udział w wystawach i mimo, że jego kariera zapowiadała się całkiem obiecująco, on nie podzielił mojego entuzjazmu. Dlatego też, nie chcąc stresować go niepotrzebnie zrezygnowaliśmy z udziałów.

Od 2008 r Drago mieszka z moim tatą, a do nas wpada przy okazji badań, czy wyjazdów taty. Niestety powoli też daje o sobie znać jego wiek. Ale mamy nadzieję że mimo tego jeszcze długo będziemy mogli cieszyć się jego obecnością.

Najpierw o nas

Na początek krótkie wprowadzenie w głównych bohaterów - Joanna i Michał - czyli Nefre i Boniek :) Jedne póki co "człowieki" w tym stadzie.

Ja czyli Joanna od dzieciństwa zakochana w zwierzętach, zawsze ku rozpaczy rodziców znosiłam do domu jakieś zwierzaki. Ale dopiero po "wyprowadzce na swoje" doczekałam się wymarzonego psa i potem kolejnego i kolejnego... :) I z tej pasji i miłości powstała nasza hodowla "Nefre FCI". Z psami związałam się też zawodowo, pracując przez 4 lata jako pomoc w gabinecie weterynaryjnym i groomer.Swoją pasją zaraziłam Michała, który w pełni zaangażował się w psy, wystawy i wszystko co z nimi związane.




Michał- zapalony motocyklista i tą pasją zaraził mnie w pełni. Od kilku lat czynnie bierzemy udział w zlotach, spotkaniach, każde wakacje to tylko dwa kółka i każdy rok to wyjazd na Moto GP,a Michał do dziś przeklina dzień kiedy wprowadził mnie w GP i pokazał Rossiego (ahhh Valentino :) )




No to zaczynamy.....

Witam na naszym blogu.
Nie będę się wdawać w przesadne wstęp, bo troszkę mam do nadgonienia :) A o czym w ogóle będzie? O nas, o tym jak wygląda życie z czterema bostonami i dwoma kotami pod jednym dachem, o wyprawach motocyklowych i ogólnie o tym jak staramy się okiełznać ten chaos :)
i przy okazji o tym jak opanować bloga :)