Minęło prawie 1,5 roku od ostatniego szczeniakowego rozgardiaszu i przyszła kolej na drugi miot. Poszukiwania kawalera tak jak poprzednio zajęły nam duuuuużo czasu. W końcu zdecydowaliśmy się na amerykańskiego psa, mieszkające w niemieckiej hodowli Hessen Villa.Tym psem był - Kashmere's ICING ON THE CAKE - "Jackson". Pies co najważniejsze dla mnie przebadany i po przebadanych rodzicach, bardzo utytułowany młody, świetnie się zapowiadający pies. Tym razem jechaliśmy w okolice Frankfurtu nad Menem. Poznaliśmy wspaniałych ludzi, ich psy, a mnie zaświeciły się oczy na widok 6 tygodniowych dzieci Jacksona, które były w hodowli :) Dla mnie frajda z poznania ludzi i kolejnych bostonów, dla Michała jeszcze większa radość.... z wizyty na jednym z największych lotnisk w Europie.
(I tu nastąpi mała dygresja - bo o czym nie napisałam wcześniej Michał oprócz motocykli ma jeszcze fioła na punkcie samolotów i z zamiłowania jest spotterem i to "nawiedzonym" :) bo jak inaczej nazwać kogoś kto przez 2 godziny stoi w ulewie i na wietrze żeby robić zdjęcia samolotom? Ale przysięgałam "w zdrowiu i chorobie"- a to jest jego choroba :) ) Także wyjazd obopólnie udany, a co z Franią? Tak jak wcześniej przez długo długo żadnych objawów, w końcu jedziemy na USG, znowu skręca mnie w żołądku przed
wejściem do gabinetu (a Frania jak zwykle na luzie melduje się pod szafką ze smakołykami) Przykładamy głowice i są pęcherzyki :):)
Frania jak to Frania całą ciążę znowu w biegu, aż do 11 lutego kiedy na świecie pojawia się 3 maluchy (miła odmiana po 7 :) ) Mamy dwóch chłopaków i jedną dziewczynkę. Pierwsze spojrzenie - jest chłopak pręgowany a ja jakoś tak mam słabość do pręgusów (mimo że żadnego nie posiadam :) jeszcze..... ). I szybka myśl przelatuje przez głowę a może zostawimy chłopaka? Michałowi nie ośmielam się tego powiedzieć, w końcu uzgodniliśmy że na razie czwarty pies nie wchodzi w grę.

Pierwsza doba za nami i pierwsze nerwy, Frania ciągle słabiutka, jeden chłopak słabiutki. Wzmacniamy Franię jak się da, odciążamy jak możemy- tu z pomocą przychodzi Cookie, której żadne siły nie sąw stanie wypędzić z kojca, za to przejęła obowiązki Frani w kwestii mycia i sprzątania. Mijają kolejne doby Frania bardzo powoli dochodzi do siebie, a nasz najmniejszy bąbelek, no cóż.... Nie sądziłam, że tak szybko będę musiała stanąć przed taką decyzją i że czarne oblicze hodowli dotknie nas tak szybko. Bo jak inaczej można nazwać podjęcie decyzji o eutanazji takiego malucha? Walczyliśmy o niego trochę ponad 2 tygodnie, odkładając tą decyzję co chwila, licząc że może się uda, że może mały w końcu się przełamie, jak jednak pokazała sekcja nie było na to szans. Kosztowało nas to wiele nieprzespanych nocy, jeszcze więcej nerwów, łez na koniec i choć sekcja nie pozostawiała złudzeń, wcale nie sprawiło to, że łatwiej jest nam się z tym uporać. Utrata szczeniaka jest bardzo bolesna i niestety dotyka dużego grona hodowców, choć niewiele osób głośno o tym mówi.

Po smutnym początku w końcu zaczęliśmy wychodzić na prostą. Frania stanęła na nogi i znów jest ciągle w biegu, a nasze maluchy rosną i broją coraz bardziej :)Jak pisałam przy "A" dzieciakach szukamy motywów łączących dzieci z danego miotu. I jeszcze zanim pierwsze dzieci pojawiły sie na świecie oznajmiłam że jak będzie miot na "B" to musi być Bluberry Muffin ot taka moja fanaberia. A skoro jedno imię wybrane to o miot w takim razie mamy na słodko.
A zatem przedstawiamy dziewczynkę- BLUEBERRY MUFFIN i chłopca BLACKBERRY PIE i nasze maleństwo choć długo na świecie nie był imię i tak dostał- BON BON.
Co o tych maluchach? Za wiele na razie powiedzieć nie można bo jeszcze są z nami- dziewczynka na stałe, chłopak czeka na kochający dom :) I tak o to w telegraficznym skrócie nadgoniliśmy ostatnie lata :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz